wtorek, 15 marca 2016

Pracowity weekend

Właściwie mój weekend zaczyna się w czwartek po południu a kończy blisko południa we wtorek, ale napiszę już dziś, żeby nic nie umknęło. Tym razem bardziej zbiorowy wpis, mniej szczegółowy, ale zaznaczający co się w kolejnych dniach działo.

Piątek to wielkie oczekiwanie na Escaping Game. Poza wyczekiwaniem wieczora wiele w ciągu dnia nie zrobiłam, ale czasami takie dni też są potrzebne. Zresztą z dnia niewiele zostaje jak się go rozpoczyna około godziny 12... Nic dziwnego, poprzedni kończąc blisko 5, ale jednak trochę szkoda życia na spanie tak długo, pora coś z tym zrobić ;)

W końcu wybiła godzina 18:10, kiedy to spotykaliśmy się w Masarykovym hallu. Wspomniany wcześniej imprezowy kolega się objawił, więc tyle było z planu - mogę tańczyć, więcej Cię nie zobaczę. Ogólnie to praskie środowisko studenckie ma w sobie coś takiego, że nawet jeżeli nie próbujesz przedłużać tego kontaktu to prędzej czy później i tak się spotkacie, zazwyczaj właśnie w hallu Masarykovej Koleji.

Dotarliśmy na miejsce i po paru chwilach oczekiwania, w końcu dane nam było wejść do naszego pokoju. Drużyna składała się z Aurory, Juliette, Ramona, Pedro i mnie. A emocje jakie towarzyszą takiemu przeżyciu są nie do opisania. Zaczęliśmy przeszukiwać pokój, dostrzegając już wtedy pierwsze potencjalne zagadki. Udało nam się znaleźć część kluczy, a także elementów niezbędnych do dalszych fragmentów gry. Otworzyliśmy przejście i kiedy ludzie zabrali się za przeszukiwanie, ja rozszyfrowałam pierwszą z logicznych zagadek.

Następnie trochę razem, trochę moimi przebłyskami geniuszu rozpracowaliśmy kolejne, jedno niestety nie do końca, bo połączyliśmy sznurki, ale dopiero Juliette dostrzegła w tym numerki, za co została uznana geniuszem, a ja czułam się upiornie niedoceniona.... Pozostało nam tylko dolanie do siebie odpowiednich butelek, ostatnia zagadka logiczna i uzyskaliśmy ostatni z symboli. Następnie kamień i voila! Mogliśmy się wydostać.

Wróciłam do akademika raczej mocno zirytowana, na szczęście Vzorkowna wieczorem uratowała humor. Byliśmy z Djamelem, Ramonem, Alexisem, Blandine, którą swoją drogą ogromnie polubiłam. Później dołączyła też Aurora. Miejsce niezwykle klimatyczne, z kanapami usadowionymi na łóżkach piętrowych, piwem w słoikach i winem w słoiczkach, oraz gromadzących ludzi, którzy chcą sobie zwyczajnie pograć na gitarze, skrzypcach czy czymkolwiek chcą. Obiecałam, że wrócę tam ze skrzypcami. Jako, że zamykali o 3, znów byłam w Masarykovej około 4, ale nie żałuję, bo odzyskałam humor w 100%, a sądziłam że to tamtego dnia nie będzie możliwe.

Sobota to jeden z bardziej pracowitych dni. Przynajmniej tak się czułam jakbym co najmniej miała jakieś ważne zlecenie do wykonania, ponieważ pół dnia spędziłam przy projekcie (o którym później tak czy siak świat się dowie, więc pozostawmy przy nim na razie niedosyt milczenia), a resztę obrabiając zdjęcia WNWA, jako naczelny fotograf i grafik, który niestety nie może być na miejscu, więc zdalnie ratuje co się da ze zdjęć istniejących. Ale muszę przyznać, że Ewa godnie mnie zastępuje i było na czym pracować, obrabiając wszystkie te zdjęcia. A wieczór to gwóźdź programu czyli mecz Lublinianki, niefortunnie przegrany 0-1. Więc trzeba sobie było humor poprawić. Wychodząc z Philippe, dziewczynami i hongkondzkim kolegą do Latino klubu. Cudownie się czułam wracając, bo poza powitalnym drinkiem nie wypiłam nic, ale ja tej muzyki jednak wybitnie nie czuję jak również wybitnie nie pasowało mi tańczenie z lubianym przeze mnie, ale jednak nie do tańca kolegą. Udało się wrócić wcześniej, bo około 2, a to już postęp.

Niedziela? Czekanie na Karolinę, która ostatecznie przespała większość dnia. Chwila skype'a z Gosią. Wieczorem piwo w niezwykle klimatycznym Hells Bells, które okazało się być rockowo-metalową piwnicą z idealną muzyką i wyglądem. 3 piwa i do domku ostatnim metrem.

W poniedziałek Karolina wstała wcześniej i ciągnęła mnie gdzieś, ale ja utknęłam przy nowej koncepcji projektu, więc zanim wstałam umyć włosy, poczekałam z maską i po zmyciu jej czekałam aż włosy wyschną, zrobiła się niemalże 14, stwierdziłam że pora na obiad, więc jak spotkałyśmy się o 15, to poszłyśmy zapłacić za telefon - biorąc jeszcze pod rękę Alinę, potem na króciuteńki spacer po okolicy Dejvickiej, które skończyły się zakupami na oczyszczające organizm 3 dni. Wieczorkiem udałam się do klubu na integracyjną imprezę Szwecji i Argentyny, która wygrała ilością głosujących na siebie ludzi, ale w mojej (i nie tylko mojej) ocenie niesłusznie. Bo Szwecja miała fajną, krótką, przyjemną prezentację. Zaś Argentyna zanudziła na śmierć. W dodatku w klubie było upiornie gorąco, więc wytrzymać ciężko. Ale powrót do domu przyjemy, z ludźmi z Masarykovej jak Alexis czy Giulia. Tylko na metro nie zdążyliśmy, więc trzeba było łapać tramwaj. Zamiast czekać 20 minut na 51, to numerek 56, który miał zmienioną trasę, więc od Hradczańskiej pieszo, ale jak dla mnie czemu nie.

I tak zleciało szybciutko, a jutro znów na uczelnię..
Marbutka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz