To nie tak, że nie było czego opisywać przez ostatnie dwa dni. Bardziej nie było kiedy... ale obiecałam sobie spisywać wspomnienia, więc choć ten wpis z wczoraj tworzę dzisiaj, to dotyczy dnia wczorajszego, a o dziś swoją drogą (mam nadzieję)
Ciężko się wstaje na 10:30, mając w pozostałe dni na 12:15 albo wcale. Ale wstać trzeba, powitać nowy dzień, pójść na uczelnię na całkiem przyjemne zajęcia, wykład na przesiedzenie i normalnie lubiany czeski...
Zaczynam uwielbiać prowadzącego Fundamentals of Agroecology. Nie dość, że planowo jest wykład, którego nie ma - bo odbywa się na ćwiczeniach, to jeszcze sam wykład potrafi trwać połowę czasu na niego przewidzianego - 45 minut. Erasmusowe zajęcia idealne i jeszcze ten kojący głos, wykładający podstawy agroekologi nienaganną angielszczyzną, bez "polsko-czeskich" naleciałośći - idealnie.
Oczywiście w przyrodzie nic nie ginie i co się dostało nadprogramowo, los musi jakoś odebrać, więc kolejne ćwiczenia notorycznie są o parę minut przeciągane, co niezwykle boli, gdy się tylko odlicza czas do końca. Znacie to? Czas sobie leci, leci... pół godziny jakoś mija, godzina bardziej problematycznie, ale jednak, ostatnie pół godziny to istna męka, ale jak zostaje 5 minut, to trwa jakby było kolejną godziną lub dwiema... to tutaj jest 5 minut + 5 minut, ale w odbiorze niczym godziny z życia wyjęte.
Czeski prowadziła dziś mniej lubiana przeze mnie (i Karolinę) Czeszka, nie było naszej ulubionej blondyneczki, od której aż emanuje pozytywna energia, radość z życia i entuzjazm, gdy komukolwiek uda się zbliżyć do poprawnej wymowy języka czeskiego. Nauczyliśmy się w końcu liczyć, podawać datę urodzenia, poznaliśmy też dni tygodnia - istne szaleństwo, może wyjeżdżając, będę potrafiła skleić z 10 zdań! Nie obyło się bez mojej "kujonowatości" na tych zajęciach, bo dla Polaka czeski jest prosty, więc z olbrzymią dbałością akcentując kolejne wyrazy wypowiedziałam zdanie "Narodila jsem se osmnáctého července tisíc devět set devadesát čtyři" wywołując w sali cichutkie, ale jednak WOW.
Wróciłam na Dejvicką, miałam Karolinie potowarzyszyć w drodze do kantoru, ale upiornie zakręciło mi się w głowie, więc odprowadziła mnie do akademika, a ja zjadłam pierogi, talerz warzywnego bulionu i poszłam na godzinę spać.
Obudziłam się pół przytomna, a w konwersacji Masarykovo-erasmusowej milion postów i czytam taka pół przytomna cóż to oni naskrobali... Gines zażartował, że do Niemek łatwiej podbijać niż Niemcom do Polski, dodając, żebym się nie obraziła, ja początkowo nie zrozumiałam o co mu chodzi, ale mnie oświeciło i piszę, że oczywiście się nie gniewam, muszę jakoś żyć z tą historią. Oraz, że życzę wam chłopcy powodzenia z całego serca, zwłaszcza że sama nie wiem czy pójdę. Oni na to czy mam zajęcia, ja że zdechlak ze mnie, ale ostatecznie jednak poszłam...
Chwila ogarniania się i jestem gotowa. Miałam w głowie przebłysk myśli, że mi się nie chce, ale ostatecznie zdecydowałam się pójść. I dobrze, bo to chyba najlepsza impreza w klubie na jakiej byłam w życiu. To pewnie zależy od mojego podejścia i humoru, ale czułam się wczoraj naprawdę dobrze. Do tego stopnia, że wróciłam do domu po 4... ale po kolei.
Wchodząc do klubu wypatrzyłam resztę masarykovej ekipy, więc chwilę później dołączyłam do nich przy barze. Wieczór był długi, pełen tańców, nawet tych za ręce z nowo poznanym kolegą. Moim hitem wieczoru było, kiedy wielkie zdziwienie wywołałam pijąc piwo przez słomkę, stało się to inspiracją dla Ramona, który swoje wypił przez dwie, a kolejne już przez cztery, I to urocze oburzenie ludzi jak można tak krzywdzić piwo i moje wzięcie na siebie winy za zepsucie normalnego wcześniej człowieka.
Zdecydowanie była to jedna z lepszych imprez w życiu, bo mimo klubu, do którego generalnie wciąż nie pałam miłością, bawiłam się. Po prostu się bawiłam i czerpałam radość z bycia tam. I czułam nawet mniejsze zmęczenie niż zazwyczaj, choć po wielu kolejnych tańcach musiałam usiąść i odpocząć choć na chwilę. A, jeszcze jeden ważny fakt - spróbowałam Becherowki. I nie jest taka zła jak niektórzy ludzie twierdzą, że jest. W sumie - całkiem spoko. Takie trochę ziółka. Serwowana z lodem nie była nieprzyjemnym doznaniem.
Wylądowałam jeszcze z Aurorką w KFC, jedząc frytki z lodem i wróciłam do domu około 4:30... Niezły wynik jak na mnie. Co ta Praga ze mną robi jest ciężkie do opisania i określenia. Ale dobrze, że mogę zaznać trochę studenckiego życia, tak rozmaitych jego aspektów. Tworzę wspomnienia, które zostaną ze mną do końca życia. A teraz lecę tworzyć kolejne, bo wpis ten "męczę" od 2 dni i skończyć nie mogę, a powinnam i kolejne opublikować zanim zapomnę co w konkretnych dniach się działo...
Marbutka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz