Dzisiejszy dzień minął mi pod znakiem rozpoczęcia 3-dniowego procesu oczyszczania organizmu. Poza zajęciami na uczelni od 12:15 do 17:15 zbyt produktywnie czasu nie spędzałam...
Mimo budzika nastawionego na 9:00, wstałam pół godziny później, ale miałam świadomość posiadania tych 30 minut w zapasie, nawet z planowanym myciem włosów. Kiedy już udało mi się zwlec z łóżka udałam się właśnie do łazienki, umyłam włosięta (dobrze, że to piszę, bo przypomniałam sobie, że powinnam nałożyć na nie olej, bo zbieram się od paru dni i wiecznie o tym zapominam lub wracam i tylko zmywam makijaż oraz padam na twarz...), metodą omo, nałożyłam na nie czarną baleę, dzięki czemu były niezwykle gładziutkie, ale to niestety kosztem objętości. Mimo tego jestem z nich ostatnimi czasy niezwykle zadowolona, w końcu powoli zaczynają wyglądać na zadbane, ale końce są ewidentnie do ścięcia.
Pierwszy raz od dawna nie smażyłam swojej ukochanej jajecznicy z cebulą albo pieczarkami, lub też jednym i drugim (om, nom, nom), wyjęłam z lodówki kefir, otworzyłam paczkę sucharów i rozpoczęłam pierwszy z trzech dni oczyszczania jelit. Póki co bez szału, ale może nie skupiajmy się na tak "gównianych" sprawach ;) Zadziała, nie zadziała - najważniejsze w tym wszystkim jest pokazanie samej sobie, że mam silną wolę i jak mi zależy to potrafię. Traktuję to zwyczajnie jako test dla siebie samej i wstęp do nowej życiowej księgi, na której kartach będą widnieć zdrowsze jadłospisy niż to ostatnio z różnych względów bywało. Jestem pełna dumy i nadziei na lepsze jutro jednocześnie. Wiadomo, że nie będzie idealnie i łatwo, ale może to lepszy początek, choć wiem jak wiele ich już bywało...
Moja torba na uczelnię nigdy nie była tak ciężka jak dziś, a znajdowało się tam przede wszystkim jedzenie, bo poza nim miałam portfel, telefon, ładowarkę klucze i cały jeden długopis... a poza tym półlitrowa butelka wody, którą wielokrotnie napełniałam, bo niezwykle ufam tutejszej kranówce, a i plastikowe butelki używane w nadmiarze bolą moje ekologiczne zapędy w główce... do tego 3 półlitrowe kefiry i pojemnik z sucharkami, niestety graham - z mąki pszennej i pszennej graham, ale lepsze to niż pszenica... a jutro dla odmiany będzie orkisz. Mam jednak ochotę sprowadzić z Polski te całkowicie ciemne. Jak i galaretkę, która jest tutaj nie do dostania... Jak oni żyją?!?!?!?!
Niemalże równiutko co 2,5 godziny spożywałam 3 sucharki i pół litra kefiru, ponieważ ma to być rozłożone na 6 porcji w ciągu dnia. Ostatnia jeszcze przede mną, ale nie wiem czy podołam, bo mocno chce mi się spać, a jedzenie nawet tego na chwilę przed snem nie wydaje mi się być dobrym pomysłem... zwłaszcza, że powinno się spożyć 2,5 litra a ja to już mam za sobą, co prawda w 5 porcjach, ale bez tej planowanej 6 powinno być również okej. Na ostatni jak dotąd posiłek zjadłam tych sucharków więcej, bo wolałam się w chwili kryzysu zapchać nimi niż rujnować cały plan czymś innym.
Poza jedzeniem trochę pośpiewałam, bo jutro wybieramy się na karaoke. Nic nie wyszło z planu ruszenia się z domu, bo poza Djamalem w narodzie tkwi jedynie chęć do snu, ale może to i lepiej, bo ja mimo entuzjazmu też już najchętniej tulę łepek do podusi i oglądam youtube w pozycji - zamykam oczka i odpływam.
Nie mogę się doczekać jutrzejszego dnia, właśnie ze względu na planowane wyjście. Nie ważne z kim, ale w końcu pośpiewam. Choć towarzystwo Philippe (vel Kluska - pozdrawiam Karolinę, która jak nikt inny zrozumie ;) ) i reszty - czyli Jessicy, słodkiej Chineczki, której imienia nie umiem wymówić i uroczej mieszkanki Meksyku, której imię również jest mi obce, jest na pewno optymalne do praskiego debiutu wokalnego. Byleby się nie zestresować.
Dopijam zieloną herbatkę, napełniam butelkę wodą, żeby dosączyć powolutku ostatnie pół litra wody na dziś. Swoją drogą naprawdę czuję różnicę w samopoczuciu, energii i wszystkim między dniami kiedy piję a nie piję. Dzisiaj była rekordowa i chyba przesadzona ilość płynów, bo pęcherz mnie znienawidzi, ale muszę pić wodę, bo przecież ją lubię, a to robi przeeeeeogromną różnicę. Dzisiaj za mną już 2,5 litra, myślę że dopiję 3 zanim usnę. Do tego dwie zielone herbaty (po których mi się pić chce bardziej niż przed ich wypiciem) oraz wspomniane wcześniej 2,5 litra kefiru. Mam nadzieję, że brzuszek mi za to podziękuje. A jutro mimo oczekiwania również najcięższy dzień, bo poza sucharkami jedynie 2 litry soku jabłkowego - zapewne rozcieńczanego wodą, żeby był mniej słodki no i bym psychicznie myślała, że piję więcej. Choć przyznam, że wyczekuję, bo ochotę mam przeogromną na jakiś sok, a dziś dzielnie niczego nie tknęłam.
Całkiem długi wpis mi wyszedł jak na dzień oparty na jedzeniu, uczelni i uczelnianych oraz akademikowych łazienkach... olejuję włosy, włączam filmik na youtube i zmykam lulać, bo chyba mam co odsypiać...
Muszę też poprzedni weekendowy wpis skończyć, bo nie mogę się zmotywować i zabrać, a działo się - oj działo, a niedługo zapomnę co i kiedy...
Dziękuję wszystkim skarbom, które trzymają kciuki za moje kefirowo-jabłkowo-warzywno-sucharowe wyzwanie. Kocham!!
Marbutka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz