Chyba nikomu nie jest obce uczucie niemożliwości zaśnięcia, kręcenia się z boku na bok przez długie godziny aż w końcu człowiek ma dość i oddaje się graniu na telefonie albo youtubowi.... a jeśli jest szczęśliwiec, który tego nie doznał, to szczerze i z całego serca zazdroszczę. Bo takie siedzenie do 5, jak po 3 godzinach trzeba wstać i żyć do przyjemnych nie zależy. Człowiek wtedy wygląda jak zombie, czuje się jak zombie, nawet jeżeli bliżej mu do wampira. Ale wstawać trzeba jak się kochanym ludziom naobiecuje wycieczki, jedzenie...
Wstałam i dzielnie zabrałam się za farsz do pierogów ruskich, później ciasto i lepienie jednej porcji, bo na więcej nie starczyło czasu. Jeszcze olej kokosowy trzeba było zmyć z głowy, ale to akurat chyba nie wyszło mi najlepiej, bo moje włosy dnia dzisiejszego wyglądają jak nie myte przez dobre dwa dni... może zombie nie powinno się brać za cokolwiek, włącznie z myciem włosów. Ale porcja pierogów wczoraj obiecana została ulepiona, a reszta musiała zaczekać na powrót.
Wyszłam spotkać się z ludźmi na stacji metra Muzeum, która znajduje się w pobliżu Narodowego Muzeum właśnie - jakież to odkrywcze... A McDonaldów jednak w Pradze jest jak mrówków, bo znów udało nam się znaleźć dwa różne, ja Aurora i Gines czekaliśmy pod jednym, a Ramon znalazł inny, swoją drogą - spóźniony Ramon. Ale jak to mówią - nie ma erasmusowego spotkania bez spóźnień. Fast foody okazują się być skrajnie beznadziejnym punktem orientacyjnym, ale chyba do końca wyjazdu dane nam będzie śmiać się z tego odnajdywania się za każdym razem... choć może nadejdzie chwila, że stawimy się wszyscy w umówione miejsce? Kto wie, nadzieja matką głupich.... znaczy się - umiera ostatnia.
Poszliśmy do muzeum, a tam owszem - wstęp wolny, ale nie ma gdzie wstępować, bo cała ekspozycja w remoncie i mają całą jedną wystawę - płatną 70 koron. Nie jest to jednak bardzo wygórowana cena, więc weszliśmy pooglądać zwierzaczki. Mnóstwo śmiechu, długie godziny, olbrzymie zmęczenie, ale dzień można uznać za udany.
Wszyscy marzyliśmy już tylko o kawie, więc szybkie wejście do paru miejsc, kalkulacja cenowa i udało się ostatecznie znaleźć francuską knajpkę z Latte za 35 koron. I trzeba przyznać - bardzo smaczną latte. Miejsce również bardzo klimatyczne, ciche, spokojne. Świeczuszki na stole, porozmawiać można - nic dodać, nic ująć. Trzeba kiedyś wpaść skosztować jakże zasobnej karty win, lub zaciągnąć kogoś znajomego na tanią, pyszniutką kawę. Do tytułu miejsca idealnego zabrakło planszówek i kotów, ale można wybrać pomiędzy tanią kawą w centrum a droższą w kocim towarzystwie na obrzeżach miasta, choć właściwie nawet nie obrzeżach, ale w miejscu bardziej od centrum oddalonym. Dla każdego coś dobrego i jak będę znajomym proponować praską kawę, to przynajmniej pod tym względem już jakieś alternatywy będą możliwe do zaoferowania. Na tym przecież także polega zwiedzanie, aby móc polecić przetestowane wcześniej lokale i znajdować takie oto perełki. Będę musiała odnaleźć dokładną lokalizację i nazwę, żeby przypadkiem się gdzieś nie zawieruszyła...
Po długich rozmowach na temat wykładowców, pokemonów i wielu, wielu innych zdecydowaliśmy się udać do swoich domów lub akademików. Zrobiłam porcję pierogów z pozostałego ciasta, resztę farszu zamroziłam, bo dość mocno opadłam z sił. W między czasie zaoferowałam chęć wzięcia udziału w Prague Escaping Game... co jest beznadziejnym pomysłem, z pewnych względów, ale może jednak uda się dobrze bawić.
Lepiej pisać o dobrych chwilach niż zagłębiać się w otchłań głowy i serca w poszukiwaniu ewentualnych uczuć, więc pozostawię uzasadnienie samej sobie, w nadziei, że jak za parę lat będę to czytać to już sama zapomnę o co mi samej właściwie chodziło...
Szczerze? Boję się ten wpis czytać, bo jestem dziś skrajnie niewyspana i zapewne z poprawną polszczyzną, składnią, ortografią i interpunkcją ma on niewiele wspólnego, ale najważniejsze, że to co pamiętam zostało przelane na tą wirtualną kartkę, a błędy można zawsze poprawić...
Parzę kubek herbatki, oddaję się skajpowi i staram się odespać, bo jutro koniec rajskiego weekendu i na uczelni w końcu pojawić się trzeba...
Marbutka, która podobno ma fenomenalny głos - bo wczoraj wszyscy słyszeli... błagając, żebym na przyszłym karaoke śpiewała możliwie gorzej, bo będą się swoich wokalnych popisów wstydzić... Ciekawe, że czasem wystarczy wyjechać, zmienić otoczenie i człowiek staje się w czymś najlepszy, a nie tylko przeciętny...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz