Pojechałam dziś z Karoliną na zakupy do Tesco i Kauflandu. Żeby mieć co jeść przez najbliższe 3 dni, a przede wszystkim po drobne upominki, które zabiorę ze sobą do Polski. Kupiłam czekolady studenckie, lentilkowe zwierzaki wielkanocne, pierniki, chipsy, paluszki śmietanowe (z dedykacją dla Taty i Staśka) oraz oczywiście piwa. Ach, no i dla Babci Bon Pari, bo wiem jak bardzo za nimi przepada. Strasznie mnie to ucieszyło i zrobiło mi się cieplej na sercu.
Ogólnie - może dzięki myśli o powrocie do Polski, może po wczorajszym marszu, a może tak po prostu - ostatnio dobrze mi ze sobą. I jestem po prostu szczęśliwa. Uśmiech na twarzy, śpiewam, tańczę i nie biorę nic do siebie tylko cieszę się każdą chwilą - wow. I jem lepiej, a to zdrowe jedzonko daje mi energię do życia, nawet jeśli coś niezdrowego się w między czasie zaplącze.
Poza zakupami wiele nie zrobiłam - no, jedzenie (jak zwykle). Kupiłam mnóstwo pieczywa, więc na obiad do niego zrobiłam kotlety z groszku, żeby ponownie zjeść kochane wegeburgery. Z dodatkiem pomidorków koktajlowych (bo w promocji) i ogórka, a także resztek ketchupu. Chyba się skuszę na kolejny, choć wiem że to taki pół zdrowy produkt i pomidory same w sobie są lepsze, ale to nie sezon i naprawdę ciężko znaleźć jakiekolwiek, które miałyby smak.
Zdecydowałam się pójść z moją ekipą (nie użyłabym tego określenia, ale Karolina tak to nazwała i niesamowicie mi się spodobało, w sumie takie urocze, a czuję się częścią tej kochanej ferajny) na imprezę integracyjną Białorusi i Belgii. Natknęłam się na belgijskiego kolegę i nawet udało mi się z nim zamienić parę zdań. O naszych weekendach, jedzeniu, które niósł, w sumie większość drogi przegadaliśmy, a myślałam, że to takie sztywne i milczące. Wydał się nieco milszy niż zwykle. Nie to, żebym uważała go za niemiłego, ale jest zwykle dość zimny, lub inaczej super powściągliwy. Choć może to mój humor sprawia, że wszystko i wszyscy wydają mi się lepsi. W sumie sama zaczęłam część z tej rozmowy, a to już dla mnie nietypowe, zwłaszcza jak wiem, że oznacza to zmaganie się z angielskim i obcymi akcentami. Choć z tym jego akcentem problemu nie mam. Mimo, że porozumiewa się po angielsku, to jest taki bardzo konkretny.
Na imprezie namalował mi na policzku belgijską flagę, niezwykle delikatnie, choć starannie, stwierdzając po ukończeniu dzieła "nice", choć to raczej reakcja na dzieło, a nie mojego pysia, niemniej miło. Wygrała białoruska prezentacja, choć ja z całego serca ściskałam kciuki za Belgię. I krzyczałam, ale gardło dziś nie było sobą, niestety...
Jeden gość zaczął prosić wszystkich facetów po kolei do tańca, a Goldena tak to rozbawiło, że mi się rzucił na szyję ze śmiechu. A dla mnie to było takie zwykłe, przyjacielskie, normalne. Chyba nietykalność mi się powolutku wyłącza...W kwestii innych ludzi, zabawne było ile osób spotkałam po kolei, bo też kolegę Amerykanina, Kluska z którym również zamieniłam parę zdań na temat mojego weekendu, mojej sympatii do polaków, a także mojego braku chłopaka i podejścia do tej kwestii... Pytanie mnie czy mam chłopaka to naprawdę wchodzenie na śliski grunt, ale wybrnęliśmy oboje. Pytał czy dziś będę tańczyć i mogłabym, ale ostatecznie wyszliśmy z Masarykovo-innotowarzyską ekipą w inne, nieco spokojniejsze miejsce.
Zamówiłam przecudowną malinową lemoniadę (nie tknęłam ani krztynki alkoholu!). Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, zagraliśmy w tą grę z karteczkami na czole. To nie był mój dzień na myślenie... ostatecznie wróciliśmy do akademika tramwajem numer 51. Ogólnie przebywanie z samymi facetami jest tak urocze... te rozmowy o porno, kondomach... nie zastąpią mi niczego. Normalnie bym pewnie się oburzała i myślała co ja tu robię... a dziś było mi tak dobrze i słuchałam tego z uśmiechem.
Gdy temat zszedł na spanie, wtrąciłam swój fanpage śpiochów z UP jako przykład, który wywołał wszechobecny uśmiech. Ogólnie mało przy nich mówię, ale czasami coś powiem i nie czuję niezręcznej ciszy ani potrzeby mówienia więcej, czasem lubię ich po prostu słuchać lub nie słuchać.
Kiedy dotarłam do akademika, z bólem serca zmyłam z policzka belgijską flagę, która na moim trzymała się dużo lepiej niż u kogokolwiek innego. Wczuł się kochany kolega w malowanie. Zmywałam olejem kokosowym, który nawet wodoodporne produkty mi domywa, ale ślad pozostał. Wżarła mi się ta Belgia w skórę, choć była wykonana takimi samymi kredkami jak Szwecja. Jakiś znak? Nie dopatrujmy się lepiej. Ale belgijski kolega włożył ewidentnie wiele serca w namalowanie flagi na moim policzku.
Lecę spać, bo jutro chciałam wstać i biegać.
Marbutka
Praga, Praga i po Pradze...
poniedziałek, 21 marca 2016
wtorek, 15 marca 2016
Pracowity weekend
Właściwie mój weekend zaczyna się w czwartek po południu a kończy blisko południa we wtorek, ale napiszę już dziś, żeby nic nie umknęło. Tym razem bardziej zbiorowy wpis, mniej szczegółowy, ale zaznaczający co się w kolejnych dniach działo.
Piątek to wielkie oczekiwanie na Escaping Game. Poza wyczekiwaniem wieczora wiele w ciągu dnia nie zrobiłam, ale czasami takie dni też są potrzebne. Zresztą z dnia niewiele zostaje jak się go rozpoczyna około godziny 12... Nic dziwnego, poprzedni kończąc blisko 5, ale jednak trochę szkoda życia na spanie tak długo, pora coś z tym zrobić ;)
W końcu wybiła godzina 18:10, kiedy to spotykaliśmy się w Masarykovym hallu. Wspomniany wcześniej imprezowy kolega się objawił, więc tyle było z planu - mogę tańczyć, więcej Cię nie zobaczę. Ogólnie to praskie środowisko studenckie ma w sobie coś takiego, że nawet jeżeli nie próbujesz przedłużać tego kontaktu to prędzej czy później i tak się spotkacie, zazwyczaj właśnie w hallu Masarykovej Koleji.
Dotarliśmy na miejsce i po paru chwilach oczekiwania, w końcu dane nam było wejść do naszego pokoju. Drużyna składała się z Aurory, Juliette, Ramona, Pedro i mnie. A emocje jakie towarzyszą takiemu przeżyciu są nie do opisania. Zaczęliśmy przeszukiwać pokój, dostrzegając już wtedy pierwsze potencjalne zagadki. Udało nam się znaleźć część kluczy, a także elementów niezbędnych do dalszych fragmentów gry. Otworzyliśmy przejście i kiedy ludzie zabrali się za przeszukiwanie, ja rozszyfrowałam pierwszą z logicznych zagadek.
Następnie trochę razem, trochę moimi przebłyskami geniuszu rozpracowaliśmy kolejne, jedno niestety nie do końca, bo połączyliśmy sznurki, ale dopiero Juliette dostrzegła w tym numerki, za co została uznana geniuszem, a ja czułam się upiornie niedoceniona.... Pozostało nam tylko dolanie do siebie odpowiednich butelek, ostatnia zagadka logiczna i uzyskaliśmy ostatni z symboli. Następnie kamień i voila! Mogliśmy się wydostać.
Wróciłam do akademika raczej mocno zirytowana, na szczęście Vzorkowna wieczorem uratowała humor. Byliśmy z Djamelem, Ramonem, Alexisem, Blandine, którą swoją drogą ogromnie polubiłam. Później dołączyła też Aurora. Miejsce niezwykle klimatyczne, z kanapami usadowionymi na łóżkach piętrowych, piwem w słoikach i winem w słoiczkach, oraz gromadzących ludzi, którzy chcą sobie zwyczajnie pograć na gitarze, skrzypcach czy czymkolwiek chcą. Obiecałam, że wrócę tam ze skrzypcami. Jako, że zamykali o 3, znów byłam w Masarykovej około 4, ale nie żałuję, bo odzyskałam humor w 100%, a sądziłam że to tamtego dnia nie będzie możliwe.
Sobota to jeden z bardziej pracowitych dni. Przynajmniej tak się czułam jakbym co najmniej miała jakieś ważne zlecenie do wykonania, ponieważ pół dnia spędziłam przy projekcie (o którym później tak czy siak świat się dowie, więc pozostawmy przy nim na razie niedosyt milczenia), a resztę obrabiając zdjęcia WNWA, jako naczelny fotograf i grafik, który niestety nie może być na miejscu, więc zdalnie ratuje co się da ze zdjęć istniejących. Ale muszę przyznać, że Ewa godnie mnie zastępuje i było na czym pracować, obrabiając wszystkie te zdjęcia. A wieczór to gwóźdź programu czyli mecz Lublinianki, niefortunnie przegrany 0-1. Więc trzeba sobie było humor poprawić. Wychodząc z Philippe, dziewczynami i hongkondzkim kolegą do Latino klubu. Cudownie się czułam wracając, bo poza powitalnym drinkiem nie wypiłam nic, ale ja tej muzyki jednak wybitnie nie czuję jak również wybitnie nie pasowało mi tańczenie z lubianym przeze mnie, ale jednak nie do tańca kolegą. Udało się wrócić wcześniej, bo około 2, a to już postęp.
Niedziela? Czekanie na Karolinę, która ostatecznie przespała większość dnia. Chwila skype'a z Gosią. Wieczorem piwo w niezwykle klimatycznym Hells Bells, które okazało się być rockowo-metalową piwnicą z idealną muzyką i wyglądem. 3 piwa i do domku ostatnim metrem.
W poniedziałek Karolina wstała wcześniej i ciągnęła mnie gdzieś, ale ja utknęłam przy nowej koncepcji projektu, więc zanim wstałam umyć włosy, poczekałam z maską i po zmyciu jej czekałam aż włosy wyschną, zrobiła się niemalże 14, stwierdziłam że pora na obiad, więc jak spotkałyśmy się o 15, to poszłyśmy zapłacić za telefon - biorąc jeszcze pod rękę Alinę, potem na króciuteńki spacer po okolicy Dejvickiej, które skończyły się zakupami na oczyszczające organizm 3 dni. Wieczorkiem udałam się do klubu na integracyjną imprezę Szwecji i Argentyny, która wygrała ilością głosujących na siebie ludzi, ale w mojej (i nie tylko mojej) ocenie niesłusznie. Bo Szwecja miała fajną, krótką, przyjemną prezentację. Zaś Argentyna zanudziła na śmierć. W dodatku w klubie było upiornie gorąco, więc wytrzymać ciężko. Ale powrót do domu przyjemy, z ludźmi z Masarykovej jak Alexis czy Giulia. Tylko na metro nie zdążyliśmy, więc trzeba było łapać tramwaj. Zamiast czekać 20 minut na 51, to numerek 56, który miał zmienioną trasę, więc od Hradczańskiej pieszo, ale jak dla mnie czemu nie.
I tak zleciało szybciutko, a jutro znów na uczelnię..
Marbutka
Piątek to wielkie oczekiwanie na Escaping Game. Poza wyczekiwaniem wieczora wiele w ciągu dnia nie zrobiłam, ale czasami takie dni też są potrzebne. Zresztą z dnia niewiele zostaje jak się go rozpoczyna około godziny 12... Nic dziwnego, poprzedni kończąc blisko 5, ale jednak trochę szkoda życia na spanie tak długo, pora coś z tym zrobić ;)
W końcu wybiła godzina 18:10, kiedy to spotykaliśmy się w Masarykovym hallu. Wspomniany wcześniej imprezowy kolega się objawił, więc tyle było z planu - mogę tańczyć, więcej Cię nie zobaczę. Ogólnie to praskie środowisko studenckie ma w sobie coś takiego, że nawet jeżeli nie próbujesz przedłużać tego kontaktu to prędzej czy później i tak się spotkacie, zazwyczaj właśnie w hallu Masarykovej Koleji.
Dotarliśmy na miejsce i po paru chwilach oczekiwania, w końcu dane nam było wejść do naszego pokoju. Drużyna składała się z Aurory, Juliette, Ramona, Pedro i mnie. A emocje jakie towarzyszą takiemu przeżyciu są nie do opisania. Zaczęliśmy przeszukiwać pokój, dostrzegając już wtedy pierwsze potencjalne zagadki. Udało nam się znaleźć część kluczy, a także elementów niezbędnych do dalszych fragmentów gry. Otworzyliśmy przejście i kiedy ludzie zabrali się za przeszukiwanie, ja rozszyfrowałam pierwszą z logicznych zagadek.
Następnie trochę razem, trochę moimi przebłyskami geniuszu rozpracowaliśmy kolejne, jedno niestety nie do końca, bo połączyliśmy sznurki, ale dopiero Juliette dostrzegła w tym numerki, za co została uznana geniuszem, a ja czułam się upiornie niedoceniona.... Pozostało nam tylko dolanie do siebie odpowiednich butelek, ostatnia zagadka logiczna i uzyskaliśmy ostatni z symboli. Następnie kamień i voila! Mogliśmy się wydostać.
Wróciłam do akademika raczej mocno zirytowana, na szczęście Vzorkowna wieczorem uratowała humor. Byliśmy z Djamelem, Ramonem, Alexisem, Blandine, którą swoją drogą ogromnie polubiłam. Później dołączyła też Aurora. Miejsce niezwykle klimatyczne, z kanapami usadowionymi na łóżkach piętrowych, piwem w słoikach i winem w słoiczkach, oraz gromadzących ludzi, którzy chcą sobie zwyczajnie pograć na gitarze, skrzypcach czy czymkolwiek chcą. Obiecałam, że wrócę tam ze skrzypcami. Jako, że zamykali o 3, znów byłam w Masarykovej około 4, ale nie żałuję, bo odzyskałam humor w 100%, a sądziłam że to tamtego dnia nie będzie możliwe.
Sobota to jeden z bardziej pracowitych dni. Przynajmniej tak się czułam jakbym co najmniej miała jakieś ważne zlecenie do wykonania, ponieważ pół dnia spędziłam przy projekcie (o którym później tak czy siak świat się dowie, więc pozostawmy przy nim na razie niedosyt milczenia), a resztę obrabiając zdjęcia WNWA, jako naczelny fotograf i grafik, który niestety nie może być na miejscu, więc zdalnie ratuje co się da ze zdjęć istniejących. Ale muszę przyznać, że Ewa godnie mnie zastępuje i było na czym pracować, obrabiając wszystkie te zdjęcia. A wieczór to gwóźdź programu czyli mecz Lublinianki, niefortunnie przegrany 0-1. Więc trzeba sobie było humor poprawić. Wychodząc z Philippe, dziewczynami i hongkondzkim kolegą do Latino klubu. Cudownie się czułam wracając, bo poza powitalnym drinkiem nie wypiłam nic, ale ja tej muzyki jednak wybitnie nie czuję jak również wybitnie nie pasowało mi tańczenie z lubianym przeze mnie, ale jednak nie do tańca kolegą. Udało się wrócić wcześniej, bo około 2, a to już postęp.
Niedziela? Czekanie na Karolinę, która ostatecznie przespała większość dnia. Chwila skype'a z Gosią. Wieczorem piwo w niezwykle klimatycznym Hells Bells, które okazało się być rockowo-metalową piwnicą z idealną muzyką i wyglądem. 3 piwa i do domku ostatnim metrem.
W poniedziałek Karolina wstała wcześniej i ciągnęła mnie gdzieś, ale ja utknęłam przy nowej koncepcji projektu, więc zanim wstałam umyć włosy, poczekałam z maską i po zmyciu jej czekałam aż włosy wyschną, zrobiła się niemalże 14, stwierdziłam że pora na obiad, więc jak spotkałyśmy się o 15, to poszłyśmy zapłacić za telefon - biorąc jeszcze pod rękę Alinę, potem na króciuteńki spacer po okolicy Dejvickiej, które skończyły się zakupami na oczyszczające organizm 3 dni. Wieczorkiem udałam się do klubu na integracyjną imprezę Szwecji i Argentyny, która wygrała ilością głosujących na siebie ludzi, ale w mojej (i nie tylko mojej) ocenie niesłusznie. Bo Szwecja miała fajną, krótką, przyjemną prezentację. Zaś Argentyna zanudziła na śmierć. W dodatku w klubie było upiornie gorąco, więc wytrzymać ciężko. Ale powrót do domu przyjemy, z ludźmi z Masarykovej jak Alexis czy Giulia. Tylko na metro nie zdążyliśmy, więc trzeba było łapać tramwaj. Zamiast czekać 20 minut na 51, to numerek 56, który miał zmienioną trasę, więc od Hradczańskiej pieszo, ale jak dla mnie czemu nie.
I tak zleciało szybciutko, a jutro znów na uczelnię..
Marbutka
Kefir i suchary
Dzisiejszy dzień minął mi pod znakiem rozpoczęcia 3-dniowego procesu oczyszczania organizmu. Poza zajęciami na uczelni od 12:15 do 17:15 zbyt produktywnie czasu nie spędzałam...
Mimo budzika nastawionego na 9:00, wstałam pół godziny później, ale miałam świadomość posiadania tych 30 minut w zapasie, nawet z planowanym myciem włosów. Kiedy już udało mi się zwlec z łóżka udałam się właśnie do łazienki, umyłam włosięta (dobrze, że to piszę, bo przypomniałam sobie, że powinnam nałożyć na nie olej, bo zbieram się od paru dni i wiecznie o tym zapominam lub wracam i tylko zmywam makijaż oraz padam na twarz...), metodą omo, nałożyłam na nie czarną baleę, dzięki czemu były niezwykle gładziutkie, ale to niestety kosztem objętości. Mimo tego jestem z nich ostatnimi czasy niezwykle zadowolona, w końcu powoli zaczynają wyglądać na zadbane, ale końce są ewidentnie do ścięcia.
Pierwszy raz od dawna nie smażyłam swojej ukochanej jajecznicy z cebulą albo pieczarkami, lub też jednym i drugim (om, nom, nom), wyjęłam z lodówki kefir, otworzyłam paczkę sucharów i rozpoczęłam pierwszy z trzech dni oczyszczania jelit. Póki co bez szału, ale może nie skupiajmy się na tak "gównianych" sprawach ;) Zadziała, nie zadziała - najważniejsze w tym wszystkim jest pokazanie samej sobie, że mam silną wolę i jak mi zależy to potrafię. Traktuję to zwyczajnie jako test dla siebie samej i wstęp do nowej życiowej księgi, na której kartach będą widnieć zdrowsze jadłospisy niż to ostatnio z różnych względów bywało. Jestem pełna dumy i nadziei na lepsze jutro jednocześnie. Wiadomo, że nie będzie idealnie i łatwo, ale może to lepszy początek, choć wiem jak wiele ich już bywało...
Moja torba na uczelnię nigdy nie była tak ciężka jak dziś, a znajdowało się tam przede wszystkim jedzenie, bo poza nim miałam portfel, telefon, ładowarkę klucze i cały jeden długopis... a poza tym półlitrowa butelka wody, którą wielokrotnie napełniałam, bo niezwykle ufam tutejszej kranówce, a i plastikowe butelki używane w nadmiarze bolą moje ekologiczne zapędy w główce... do tego 3 półlitrowe kefiry i pojemnik z sucharkami, niestety graham - z mąki pszennej i pszennej graham, ale lepsze to niż pszenica... a jutro dla odmiany będzie orkisz. Mam jednak ochotę sprowadzić z Polski te całkowicie ciemne. Jak i galaretkę, która jest tutaj nie do dostania... Jak oni żyją?!?!?!?!
Niemalże równiutko co 2,5 godziny spożywałam 3 sucharki i pół litra kefiru, ponieważ ma to być rozłożone na 6 porcji w ciągu dnia. Ostatnia jeszcze przede mną, ale nie wiem czy podołam, bo mocno chce mi się spać, a jedzenie nawet tego na chwilę przed snem nie wydaje mi się być dobrym pomysłem... zwłaszcza, że powinno się spożyć 2,5 litra a ja to już mam za sobą, co prawda w 5 porcjach, ale bez tej planowanej 6 powinno być również okej. Na ostatni jak dotąd posiłek zjadłam tych sucharków więcej, bo wolałam się w chwili kryzysu zapchać nimi niż rujnować cały plan czymś innym.
Poza jedzeniem trochę pośpiewałam, bo jutro wybieramy się na karaoke. Nic nie wyszło z planu ruszenia się z domu, bo poza Djamalem w narodzie tkwi jedynie chęć do snu, ale może to i lepiej, bo ja mimo entuzjazmu też już najchętniej tulę łepek do podusi i oglądam youtube w pozycji - zamykam oczka i odpływam.
Nie mogę się doczekać jutrzejszego dnia, właśnie ze względu na planowane wyjście. Nie ważne z kim, ale w końcu pośpiewam. Choć towarzystwo Philippe (vel Kluska - pozdrawiam Karolinę, która jak nikt inny zrozumie ;) ) i reszty - czyli Jessicy, słodkiej Chineczki, której imienia nie umiem wymówić i uroczej mieszkanki Meksyku, której imię również jest mi obce, jest na pewno optymalne do praskiego debiutu wokalnego. Byleby się nie zestresować.
Dopijam zieloną herbatkę, napełniam butelkę wodą, żeby dosączyć powolutku ostatnie pół litra wody na dziś. Swoją drogą naprawdę czuję różnicę w samopoczuciu, energii i wszystkim między dniami kiedy piję a nie piję. Dzisiaj była rekordowa i chyba przesadzona ilość płynów, bo pęcherz mnie znienawidzi, ale muszę pić wodę, bo przecież ją lubię, a to robi przeeeeeogromną różnicę. Dzisiaj za mną już 2,5 litra, myślę że dopiję 3 zanim usnę. Do tego dwie zielone herbaty (po których mi się pić chce bardziej niż przed ich wypiciem) oraz wspomniane wcześniej 2,5 litra kefiru. Mam nadzieję, że brzuszek mi za to podziękuje. A jutro mimo oczekiwania również najcięższy dzień, bo poza sucharkami jedynie 2 litry soku jabłkowego - zapewne rozcieńczanego wodą, żeby był mniej słodki no i bym psychicznie myślała, że piję więcej. Choć przyznam, że wyczekuję, bo ochotę mam przeogromną na jakiś sok, a dziś dzielnie niczego nie tknęłam.
Całkiem długi wpis mi wyszedł jak na dzień oparty na jedzeniu, uczelni i uczelnianych oraz akademikowych łazienkach... olejuję włosy, włączam filmik na youtube i zmykam lulać, bo chyba mam co odsypiać...
Muszę też poprzedni weekendowy wpis skończyć, bo nie mogę się zmotywować i zabrać, a działo się - oj działo, a niedługo zapomnę co i kiedy...
Dziękuję wszystkim skarbom, które trzymają kciuki za moje kefirowo-jabłkowo-warzywno-sucharowe wyzwanie. Kocham!!
Marbutka
Mimo budzika nastawionego na 9:00, wstałam pół godziny później, ale miałam świadomość posiadania tych 30 minut w zapasie, nawet z planowanym myciem włosów. Kiedy już udało mi się zwlec z łóżka udałam się właśnie do łazienki, umyłam włosięta (dobrze, że to piszę, bo przypomniałam sobie, że powinnam nałożyć na nie olej, bo zbieram się od paru dni i wiecznie o tym zapominam lub wracam i tylko zmywam makijaż oraz padam na twarz...), metodą omo, nałożyłam na nie czarną baleę, dzięki czemu były niezwykle gładziutkie, ale to niestety kosztem objętości. Mimo tego jestem z nich ostatnimi czasy niezwykle zadowolona, w końcu powoli zaczynają wyglądać na zadbane, ale końce są ewidentnie do ścięcia.
Pierwszy raz od dawna nie smażyłam swojej ukochanej jajecznicy z cebulą albo pieczarkami, lub też jednym i drugim (om, nom, nom), wyjęłam z lodówki kefir, otworzyłam paczkę sucharów i rozpoczęłam pierwszy z trzech dni oczyszczania jelit. Póki co bez szału, ale może nie skupiajmy się na tak "gównianych" sprawach ;) Zadziała, nie zadziała - najważniejsze w tym wszystkim jest pokazanie samej sobie, że mam silną wolę i jak mi zależy to potrafię. Traktuję to zwyczajnie jako test dla siebie samej i wstęp do nowej życiowej księgi, na której kartach będą widnieć zdrowsze jadłospisy niż to ostatnio z różnych względów bywało. Jestem pełna dumy i nadziei na lepsze jutro jednocześnie. Wiadomo, że nie będzie idealnie i łatwo, ale może to lepszy początek, choć wiem jak wiele ich już bywało...
Moja torba na uczelnię nigdy nie była tak ciężka jak dziś, a znajdowało się tam przede wszystkim jedzenie, bo poza nim miałam portfel, telefon, ładowarkę klucze i cały jeden długopis... a poza tym półlitrowa butelka wody, którą wielokrotnie napełniałam, bo niezwykle ufam tutejszej kranówce, a i plastikowe butelki używane w nadmiarze bolą moje ekologiczne zapędy w główce... do tego 3 półlitrowe kefiry i pojemnik z sucharkami, niestety graham - z mąki pszennej i pszennej graham, ale lepsze to niż pszenica... a jutro dla odmiany będzie orkisz. Mam jednak ochotę sprowadzić z Polski te całkowicie ciemne. Jak i galaretkę, która jest tutaj nie do dostania... Jak oni żyją?!?!?!?!
Niemalże równiutko co 2,5 godziny spożywałam 3 sucharki i pół litra kefiru, ponieważ ma to być rozłożone na 6 porcji w ciągu dnia. Ostatnia jeszcze przede mną, ale nie wiem czy podołam, bo mocno chce mi się spać, a jedzenie nawet tego na chwilę przed snem nie wydaje mi się być dobrym pomysłem... zwłaszcza, że powinno się spożyć 2,5 litra a ja to już mam za sobą, co prawda w 5 porcjach, ale bez tej planowanej 6 powinno być również okej. Na ostatni jak dotąd posiłek zjadłam tych sucharków więcej, bo wolałam się w chwili kryzysu zapchać nimi niż rujnować cały plan czymś innym.
Poza jedzeniem trochę pośpiewałam, bo jutro wybieramy się na karaoke. Nic nie wyszło z planu ruszenia się z domu, bo poza Djamalem w narodzie tkwi jedynie chęć do snu, ale może to i lepiej, bo ja mimo entuzjazmu też już najchętniej tulę łepek do podusi i oglądam youtube w pozycji - zamykam oczka i odpływam.
Nie mogę się doczekać jutrzejszego dnia, właśnie ze względu na planowane wyjście. Nie ważne z kim, ale w końcu pośpiewam. Choć towarzystwo Philippe (vel Kluska - pozdrawiam Karolinę, która jak nikt inny zrozumie ;) ) i reszty - czyli Jessicy, słodkiej Chineczki, której imienia nie umiem wymówić i uroczej mieszkanki Meksyku, której imię również jest mi obce, jest na pewno optymalne do praskiego debiutu wokalnego. Byleby się nie zestresować.
Dopijam zieloną herbatkę, napełniam butelkę wodą, żeby dosączyć powolutku ostatnie pół litra wody na dziś. Swoją drogą naprawdę czuję różnicę w samopoczuciu, energii i wszystkim między dniami kiedy piję a nie piję. Dzisiaj była rekordowa i chyba przesadzona ilość płynów, bo pęcherz mnie znienawidzi, ale muszę pić wodę, bo przecież ją lubię, a to robi przeeeeeogromną różnicę. Dzisiaj za mną już 2,5 litra, myślę że dopiję 3 zanim usnę. Do tego dwie zielone herbaty (po których mi się pić chce bardziej niż przed ich wypiciem) oraz wspomniane wcześniej 2,5 litra kefiru. Mam nadzieję, że brzuszek mi za to podziękuje. A jutro mimo oczekiwania również najcięższy dzień, bo poza sucharkami jedynie 2 litry soku jabłkowego - zapewne rozcieńczanego wodą, żeby był mniej słodki no i bym psychicznie myślała, że piję więcej. Choć przyznam, że wyczekuję, bo ochotę mam przeogromną na jakiś sok, a dziś dzielnie niczego nie tknęłam.
Całkiem długi wpis mi wyszedł jak na dzień oparty na jedzeniu, uczelni i uczelnianych oraz akademikowych łazienkach... olejuję włosy, włączam filmik na youtube i zmykam lulać, bo chyba mam co odsypiać...
Muszę też poprzedni weekendowy wpis skończyć, bo nie mogę się zmotywować i zabrać, a działo się - oj działo, a niedługo zapomnę co i kiedy...
Dziękuję wszystkim skarbom, które trzymają kciuki za moje kefirowo-jabłkowo-warzywno-sucharowe wyzwanie. Kocham!!
Marbutka
Subskrybuj:
Posty (Atom)