niedziela, 6 marca 2016

Mistrzowie organizacji

Zdecydowanie po deszczowych dniach musi w końcu na niebie pokazać się słońce. Lub odwrotnie, bo jak jak wiadomo do miłośników słońca nie należę. Czasami trzeba również upaść na samo dno, żeby mieć się od czego odbić i zacząć żyć z uśmiechem na twarzy. Ale wystarczy filozofowania na dziś...
Wstałam około 12, bo oczywiście zasypianie ostatnio graniczy z cudem i jak się siedzi do 3 to tak to się kończy... Pomalowałam się, bo myślałam, że może z kimś pogadam na skype'ie, to nie będę straszyć, ale dobrze że to zrobiłam, bo za chwilę plany się wykrystalizowały. Kochane ludki się odezwały i zdecydowaliśmy się na wizytę w parku Stromovka. Wielkie bydle ponad 70 hektarów. Plan dobry, realizacja nieco gorsza, ale wyszedł nam najzabawniejszy dzień całego pobytu.
Język czeski taki dla polaka prosty, a Polkę załatwił, najlepsze, że sama nazwę najbliższej stacji sprawdzałam i ewidentnie miało być Nádraží Holešovice. A co Maryjka zrobiła? Zapamiętała Nádraží.
I przesiedziała 15 minut na Hlavni Nádraží zadowolona, że jest taka punktualna, a tu ludzie w konwersacji przepraszają za spóźnienie. Zaczęłam szukać drogi do parku, ale mapy google odmawiały posłuszeństwa, pokazywały jakieś głupoty, w między czasie właśnie kolejny wagonik metra się oddalił, a mnie olśniło, sprawdziłam konwersację i zobaczyłam, że jestem parę stacji za wcześnie. Tyle było z punktualności...
Aurora jako jedyna punktualnie dotarła na miejsce i siedziała zestresowana, że nikogo nie ma i sama pomyliła stacje. Zaczęła szukać pozostałych, którzy po kolei się odnajdywali. Djamel napisał, że jest przy Burger Kingu, więc wszyscy szukamy Burger Kinga, w między czasie Ramon znalazł McDonald, a ja dopiero z metra wysiadałam. Wychodzę w lewo, nic nie widać, myślę - może w prawo, skoro uznał to za miejsce spotkań to ten Burger King musi być gdzieś w pobliżu. I był... w pobliżu tramwaju, którego przystanku też w okolicy nie ma. Znalazłam McDonald's, znalazłam Ramona, po paru minutach dołączyła Aurora - wszyscy w śmiech. Organizacja idealna. Jesteśmy mistrzami. Ramon wymyślił, żeby pójść do klubu, który Djamel powinien znać, więc spędzamy tam czas, czekamy... a Burger King okazał się być przy tej samej stacji, z którą ja pomyliłam tą, cholerne Nádraží. Czekamy, czekamy. W końcu się doczekaliśmy i z uśmiechem na ustach wyruszyliśmy przed siebie. Niezła z nas ekipa. Jeden pod Burger Kingiem, jeden przy Mc'u, jedna czeka na złej stacji metra, a ostatnia tam gdzie trzeba. Dobrze, że nie było nienawiści za marnowany czas, ale jedynie uśmiech, głośny śmiech i cały dzień żartów o Burger Kingu. 
Idąc w kierunku upragnionego parku (swoją drogą ze mnie taki przewodnik, że nie wiedziałam kompletnie dokąd zmierzamy - więc wujek google musiał dopomóc) zwabieni zostaliśmy czymś w rodzaju czeskiego disco polo do hali, a tam na drzwiach "vstup volny", więc zadowoleni vstupujemy, a tam zamiast wiejskiej dyskoteki pchli targ i takie perełki:
12834638_947636201993496_613283556_n.jpg
Wszyscy w śmiech i opuszczamy świątynię gratów na rzecz budki z hamburgerami, hot dogami, frytkami. Ja oczywiście skusiłam się na Hranolki, bo innych bezmięsnych opcji próżno szukać. Robiły się tak długo, że reszta zdążyła zjeść, stwierdzając, że zaczekają w Burger Kingu ;) Swoją drogą, konwersacja na fejsbuku musiała być bardzo ciekawa dla ludzi, którzy się nie wybrali, tylko z akademika czytali o tym jak się czwórka ludzi nie potrafi w Pradze odnaleźć... Nic tylko brać pop corn i czytać - propozycje typu "no to spotkajmy się w Ostravie"
Z daleka wypatrzyliśmy wesołe miasteczko, nazywane przez nas międzynarodowo Lunaparkiem i podążamy w tym kierunku, jednak nie tylko za atrakcje ale i sam wstęp należało płacić, więc daliśmy sobie spokój. Dotarliśmy w końcu do parku, stwierdzając, że ładny, duży, wiosną będzie lepszy. Zaliczony, to czas na kocią kawiarnię, która nawiązywała do wcześniejszych rozmów o jej psim odpowiedniku i różnych takich ciekawych miejscach. Na szczególną uwagę zasługują nasze autorskie pomysły na zebra cafe, żyrafa cafe i słoń cafe z myjnią samochodową gratis - najlepiej. W między czasie podczas jazdy tramwajem w konwersacji fejsbukowej w najlepsze trwało dodawanie naklejek, najpierw kocich, potem już wszystkich po kolei...
Dotarliśmy na stary dobry Žižkov i do miejsca niesamowicie urokliwego, przepełnionego małymi, futrzastymi przyjaciółmi. Spędziliśmy tam wiele godzin pijąc kawę i gorącą czekoladę, zachwycając się zwierzakami, kończąc na graniu w planszówki. Koty z początku dość nieufne, zaczęły finalnie podchodzić coraz bliżej, siadać na kolana, wybitnie upodobały sobie również futerał od moich skrzypiec, gdzie zasiadały niczym sfinksy - jakie to kocie.
10621184_947666701990446_1374922446_o.jpg
Zagraliśmy w uno - byłam pierwsza, potem ostatnia, choć uno miałam z milion razy, a gra zajęła tyle czasu, że na stole została nam jedna karta. Później w grę z zamkami, która nijak nie wiem jak się nazywa. Trochę zasad tłumaczyłam z czeskiego, trochę wygooglaliśmy. Po długiej rozgrywce zostałam mistrzem przestrzennego zagospodarowywania terenu, ogrywając ich wszystkich i stwierdzając, że lubię tą grę, co wywołało powszechny śmiech.
12825520_947721281984988_121427347_n.jpg
Udaliśmy się w końcu każdy w swoją stronę, kończąc ten niezwykle zabawny, pełen pozytywnych wrażeń dzień. Wypiłam idealny smoothie z mango i kiwi na kolację, a w ramach dopełnienia wieczoru porozmawiałam na skype'ie z Ciocią, dogrywając świąteczny powrót do Polski, który cieszy mnie niesamowicie, choć po dniu dzisiejszym i dla Pragi widzę całkiem spore nadzieje. 
Plan na jutro - narodowe muzeum, z wolnym - pierwszoponiedziałkowym wstępem. Do tego pranie i lepienie pierogów - w końcu obiecałam Aurorze :) Mojemu dobremu duszkowi tego wyjazdu.
Mam nadzieję, że w kwestii kryzysów to już tyle i teraz będzie już tylko lepiej. Na pewno nie brakuje optymizmu. W końcu - po wielu dniach smutku, przerażenia, tęsknoty i niechęci do wszystkiego i wszystkich... Ale chyba jednak znalazłam ludzi, z którymi po prostu miło spędzam czas. I w gratisie szkolę angielski, chyba już nawet do akcentów zdołałam się przyzwyczaić.
A blog? Taki mały pamiętnik z najlepszych chwil - do poczytania w gorszych chwilach oraz do powrotu po paru latach z uśmiechem na ustach do chwil spędzonych tutaj, bo uciekają bardzo szybko, a tak choć część zostanie. Dla mnie, nie dla świata. Bo piszę sama dla siebie. Może to jest właśnie ta czynność, której mi brakowało w codziennej pustce...
Żegnam się z kubkiem zielonej herbaty i wyczekuję reszty szczęśliwych chwil
Marbutka - w Pradze zwykle nazywana Mariją, czasem Maszą, od święta zwyczajnie Marią. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz