poniedziałek, 21 marca 2016

Ach ta Belgia...

Pojechałam dziś z Karoliną na zakupy do Tesco i Kauflandu. Żeby mieć co jeść przez najbliższe 3 dni, a przede wszystkim po drobne upominki, które zabiorę ze sobą do Polski. Kupiłam czekolady studenckie, lentilkowe zwierzaki wielkanocne, pierniki, chipsy, paluszki śmietanowe (z dedykacją dla Taty i Staśka) oraz oczywiście piwa. Ach, no i dla Babci Bon Pari, bo wiem jak bardzo za nimi przepada. Strasznie mnie to ucieszyło i zrobiło mi się cieplej na sercu.

Ogólnie - może dzięki myśli o powrocie do Polski, może po wczorajszym marszu, a może tak po prostu - ostatnio dobrze mi ze sobą. I jestem po prostu szczęśliwa. Uśmiech na twarzy, śpiewam, tańczę i nie biorę nic do siebie tylko cieszę się każdą chwilą - wow. I jem lepiej, a to zdrowe jedzonko daje mi energię do życia, nawet jeśli coś niezdrowego się w między czasie zaplącze.

Poza zakupami wiele nie zrobiłam - no, jedzenie (jak zwykle). Kupiłam mnóstwo pieczywa, więc na obiad do niego zrobiłam kotlety z groszku, żeby ponownie zjeść kochane wegeburgery. Z dodatkiem pomidorków koktajlowych (bo w promocji) i ogórka, a także resztek ketchupu. Chyba się skuszę na kolejny, choć wiem że to taki pół zdrowy produkt i pomidory same w sobie są lepsze, ale to nie sezon i naprawdę ciężko znaleźć jakiekolwiek, które miałyby smak.

Zdecydowałam się pójść z moją ekipą (nie użyłabym tego określenia, ale Karolina tak to nazwała i niesamowicie mi się spodobało, w sumie takie urocze, a czuję się częścią tej kochanej ferajny) na imprezę integracyjną Białorusi i Belgii. Natknęłam się na belgijskiego kolegę i nawet udało mi się z nim zamienić parę zdań. O naszych weekendach, jedzeniu, które niósł, w sumie większość drogi przegadaliśmy, a myślałam, że to takie sztywne i milczące. Wydał się nieco milszy niż zwykle. Nie to, żebym uważała go za niemiłego, ale jest zwykle dość zimny, lub inaczej super powściągliwy. Choć może to mój humor sprawia, że wszystko i wszyscy wydają mi się lepsi. W sumie sama zaczęłam część z tej rozmowy, a to już dla mnie nietypowe, zwłaszcza jak wiem, że oznacza to zmaganie się z angielskim i obcymi akcentami. Choć z tym jego akcentem problemu nie mam. Mimo, że porozumiewa się po angielsku, to jest taki bardzo konkretny.

Na imprezie namalował mi na policzku belgijską flagę, niezwykle delikatnie, choć starannie, stwierdzając po ukończeniu dzieła "nice", choć to raczej reakcja na dzieło, a nie mojego pysia, niemniej miło. Wygrała białoruska prezentacja, choć ja z całego serca ściskałam kciuki za Belgię. I krzyczałam, ale gardło dziś nie było sobą, niestety...

Jeden gość zaczął prosić wszystkich facetów po kolei do tańca, a Goldena tak to rozbawiło, że mi się rzucił na szyję ze śmiechu. A dla mnie to było takie zwykłe, przyjacielskie, normalne. Chyba nietykalność mi się powolutku wyłącza...W kwestii innych ludzi, zabawne było ile osób spotkałam po kolei, bo też kolegę Amerykanina, Kluska z którym również zamieniłam parę zdań na temat mojego weekendu, mojej sympatii do polaków, a także mojego braku chłopaka i podejścia do tej kwestii... Pytanie mnie czy mam chłopaka to naprawdę wchodzenie na śliski grunt, ale wybrnęliśmy oboje. Pytał czy dziś będę tańczyć i mogłabym, ale ostatecznie wyszliśmy z Masarykovo-innotowarzyską ekipą w inne, nieco spokojniejsze miejsce.

Zamówiłam przecudowną malinową lemoniadę (nie tknęłam ani krztynki alkoholu!). Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, zagraliśmy w tą grę z karteczkami na czole. To nie był mój dzień na myślenie... ostatecznie wróciliśmy do akademika tramwajem numer 51. Ogólnie przebywanie z samymi facetami jest tak urocze... te rozmowy o porno, kondomach... nie zastąpią mi niczego. Normalnie bym pewnie się oburzała i myślała co ja tu robię... a dziś było mi tak dobrze i słuchałam tego z uśmiechem.

Gdy temat zszedł na spanie, wtrąciłam swój fanpage śpiochów z UP jako przykład, który wywołał wszechobecny uśmiech. Ogólnie mało przy nich mówię, ale czasami coś powiem i nie czuję niezręcznej ciszy ani potrzeby mówienia więcej, czasem lubię ich po prostu słuchać lub nie słuchać.

Kiedy dotarłam do akademika, z bólem serca zmyłam z policzka belgijską flagę, która na moim trzymała się dużo lepiej niż u kogokolwiek innego. Wczuł się kochany kolega w malowanie. Zmywałam olejem kokosowym, który nawet wodoodporne produkty mi domywa, ale ślad pozostał. Wżarła mi się ta Belgia w skórę, choć była wykonana takimi samymi kredkami jak Szwecja. Jakiś znak? Nie dopatrujmy się lepiej. Ale belgijski kolega włożył ewidentnie wiele serca w namalowanie flagi na moim policzku.

Lecę spać, bo jutro chciałam wstać i biegać.

Marbutka

wtorek, 15 marca 2016

Pracowity weekend

Właściwie mój weekend zaczyna się w czwartek po południu a kończy blisko południa we wtorek, ale napiszę już dziś, żeby nic nie umknęło. Tym razem bardziej zbiorowy wpis, mniej szczegółowy, ale zaznaczający co się w kolejnych dniach działo.

Piątek to wielkie oczekiwanie na Escaping Game. Poza wyczekiwaniem wieczora wiele w ciągu dnia nie zrobiłam, ale czasami takie dni też są potrzebne. Zresztą z dnia niewiele zostaje jak się go rozpoczyna około godziny 12... Nic dziwnego, poprzedni kończąc blisko 5, ale jednak trochę szkoda życia na spanie tak długo, pora coś z tym zrobić ;)

W końcu wybiła godzina 18:10, kiedy to spotykaliśmy się w Masarykovym hallu. Wspomniany wcześniej imprezowy kolega się objawił, więc tyle było z planu - mogę tańczyć, więcej Cię nie zobaczę. Ogólnie to praskie środowisko studenckie ma w sobie coś takiego, że nawet jeżeli nie próbujesz przedłużać tego kontaktu to prędzej czy później i tak się spotkacie, zazwyczaj właśnie w hallu Masarykovej Koleji.

Dotarliśmy na miejsce i po paru chwilach oczekiwania, w końcu dane nam było wejść do naszego pokoju. Drużyna składała się z Aurory, Juliette, Ramona, Pedro i mnie. A emocje jakie towarzyszą takiemu przeżyciu są nie do opisania. Zaczęliśmy przeszukiwać pokój, dostrzegając już wtedy pierwsze potencjalne zagadki. Udało nam się znaleźć część kluczy, a także elementów niezbędnych do dalszych fragmentów gry. Otworzyliśmy przejście i kiedy ludzie zabrali się za przeszukiwanie, ja rozszyfrowałam pierwszą z logicznych zagadek.

Następnie trochę razem, trochę moimi przebłyskami geniuszu rozpracowaliśmy kolejne, jedno niestety nie do końca, bo połączyliśmy sznurki, ale dopiero Juliette dostrzegła w tym numerki, za co została uznana geniuszem, a ja czułam się upiornie niedoceniona.... Pozostało nam tylko dolanie do siebie odpowiednich butelek, ostatnia zagadka logiczna i uzyskaliśmy ostatni z symboli. Następnie kamień i voila! Mogliśmy się wydostać.

Wróciłam do akademika raczej mocno zirytowana, na szczęście Vzorkowna wieczorem uratowała humor. Byliśmy z Djamelem, Ramonem, Alexisem, Blandine, którą swoją drogą ogromnie polubiłam. Później dołączyła też Aurora. Miejsce niezwykle klimatyczne, z kanapami usadowionymi na łóżkach piętrowych, piwem w słoikach i winem w słoiczkach, oraz gromadzących ludzi, którzy chcą sobie zwyczajnie pograć na gitarze, skrzypcach czy czymkolwiek chcą. Obiecałam, że wrócę tam ze skrzypcami. Jako, że zamykali o 3, znów byłam w Masarykovej około 4, ale nie żałuję, bo odzyskałam humor w 100%, a sądziłam że to tamtego dnia nie będzie możliwe.

Sobota to jeden z bardziej pracowitych dni. Przynajmniej tak się czułam jakbym co najmniej miała jakieś ważne zlecenie do wykonania, ponieważ pół dnia spędziłam przy projekcie (o którym później tak czy siak świat się dowie, więc pozostawmy przy nim na razie niedosyt milczenia), a resztę obrabiając zdjęcia WNWA, jako naczelny fotograf i grafik, który niestety nie może być na miejscu, więc zdalnie ratuje co się da ze zdjęć istniejących. Ale muszę przyznać, że Ewa godnie mnie zastępuje i było na czym pracować, obrabiając wszystkie te zdjęcia. A wieczór to gwóźdź programu czyli mecz Lublinianki, niefortunnie przegrany 0-1. Więc trzeba sobie było humor poprawić. Wychodząc z Philippe, dziewczynami i hongkondzkim kolegą do Latino klubu. Cudownie się czułam wracając, bo poza powitalnym drinkiem nie wypiłam nic, ale ja tej muzyki jednak wybitnie nie czuję jak również wybitnie nie pasowało mi tańczenie z lubianym przeze mnie, ale jednak nie do tańca kolegą. Udało się wrócić wcześniej, bo około 2, a to już postęp.

Niedziela? Czekanie na Karolinę, która ostatecznie przespała większość dnia. Chwila skype'a z Gosią. Wieczorem piwo w niezwykle klimatycznym Hells Bells, które okazało się być rockowo-metalową piwnicą z idealną muzyką i wyglądem. 3 piwa i do domku ostatnim metrem.

W poniedziałek Karolina wstała wcześniej i ciągnęła mnie gdzieś, ale ja utknęłam przy nowej koncepcji projektu, więc zanim wstałam umyć włosy, poczekałam z maską i po zmyciu jej czekałam aż włosy wyschną, zrobiła się niemalże 14, stwierdziłam że pora na obiad, więc jak spotkałyśmy się o 15, to poszłyśmy zapłacić za telefon - biorąc jeszcze pod rękę Alinę, potem na króciuteńki spacer po okolicy Dejvickiej, które skończyły się zakupami na oczyszczające organizm 3 dni. Wieczorkiem udałam się do klubu na integracyjną imprezę Szwecji i Argentyny, która wygrała ilością głosujących na siebie ludzi, ale w mojej (i nie tylko mojej) ocenie niesłusznie. Bo Szwecja miała fajną, krótką, przyjemną prezentację. Zaś Argentyna zanudziła na śmierć. W dodatku w klubie było upiornie gorąco, więc wytrzymać ciężko. Ale powrót do domu przyjemy, z ludźmi z Masarykovej jak Alexis czy Giulia. Tylko na metro nie zdążyliśmy, więc trzeba było łapać tramwaj. Zamiast czekać 20 minut na 51, to numerek 56, który miał zmienioną trasę, więc od Hradczańskiej pieszo, ale jak dla mnie czemu nie.

I tak zleciało szybciutko, a jutro znów na uczelnię..
Marbutka

Kefir i suchary

Dzisiejszy dzień minął mi pod znakiem rozpoczęcia 3-dniowego procesu oczyszczania organizmu. Poza zajęciami na uczelni od 12:15 do 17:15 zbyt produktywnie czasu nie spędzałam...

Mimo budzika nastawionego na 9:00, wstałam pół godziny później, ale miałam świadomość posiadania tych 30 minut w zapasie, nawet z planowanym myciem włosów. Kiedy już udało mi się zwlec z łóżka udałam się właśnie do łazienki, umyłam włosięta (dobrze, że to piszę, bo przypomniałam sobie, że powinnam nałożyć na nie olej, bo zbieram się od paru dni i wiecznie o tym zapominam lub wracam i tylko zmywam makijaż oraz padam na twarz...), metodą omo, nałożyłam na nie czarną baleę, dzięki czemu były niezwykle gładziutkie, ale to niestety kosztem objętości. Mimo tego jestem z nich ostatnimi czasy niezwykle zadowolona, w końcu powoli zaczynają wyglądać na zadbane, ale końce są ewidentnie do ścięcia.

Pierwszy raz od dawna nie smażyłam swojej ukochanej jajecznicy z cebulą albo pieczarkami, lub też jednym i drugim (om, nom, nom), wyjęłam z lodówki kefir, otworzyłam paczkę sucharów i rozpoczęłam pierwszy z trzech dni oczyszczania jelit. Póki co bez szału, ale może nie skupiajmy się na tak "gównianych" sprawach ;) Zadziała, nie zadziała - najważniejsze w tym wszystkim jest pokazanie samej sobie, że mam silną wolę i jak mi zależy to potrafię. Traktuję to zwyczajnie jako test dla siebie samej i wstęp do nowej życiowej księgi, na której kartach będą widnieć zdrowsze jadłospisy niż to ostatnio z różnych względów bywało. Jestem pełna dumy i nadziei na lepsze jutro jednocześnie. Wiadomo, że nie będzie idealnie i łatwo, ale może to lepszy początek, choć wiem jak wiele ich już bywało...

Moja torba na uczelnię nigdy nie była tak ciężka jak dziś, a znajdowało się tam przede wszystkim jedzenie, bo poza nim miałam portfel, telefon, ładowarkę klucze i cały jeden długopis... a poza tym półlitrowa butelka wody, którą wielokrotnie napełniałam, bo niezwykle ufam tutejszej kranówce, a i plastikowe butelki używane w nadmiarze bolą moje ekologiczne zapędy w główce... do tego 3 półlitrowe kefiry i pojemnik z sucharkami, niestety graham - z mąki pszennej i pszennej graham, ale lepsze to niż pszenica... a jutro dla odmiany będzie orkisz. Mam jednak ochotę sprowadzić z Polski te całkowicie ciemne. Jak i galaretkę, która jest tutaj nie do dostania... Jak oni żyją?!?!?!?!

Niemalże równiutko co 2,5 godziny spożywałam 3 sucharki i pół litra kefiru, ponieważ ma to być rozłożone na 6 porcji w ciągu dnia. Ostatnia jeszcze przede mną, ale nie wiem czy podołam, bo mocno chce mi się spać, a jedzenie nawet tego na chwilę przed snem nie wydaje mi się być dobrym pomysłem... zwłaszcza, że powinno się spożyć 2,5 litra a ja to już mam za sobą, co prawda w 5 porcjach, ale bez tej planowanej 6 powinno być również okej. Na ostatni jak dotąd posiłek zjadłam tych sucharków więcej, bo wolałam się w chwili kryzysu zapchać nimi niż rujnować cały plan czymś innym.

Poza jedzeniem trochę pośpiewałam, bo jutro wybieramy się na karaoke. Nic nie wyszło z planu ruszenia się z domu, bo poza Djamalem w narodzie tkwi jedynie chęć do snu, ale może to i lepiej, bo ja mimo entuzjazmu też już najchętniej tulę łepek do podusi i oglądam youtube w pozycji - zamykam oczka i odpływam.

Nie mogę się doczekać jutrzejszego dnia, właśnie ze względu na planowane wyjście. Nie ważne z kim, ale w końcu pośpiewam. Choć towarzystwo Philippe (vel Kluska - pozdrawiam Karolinę, która jak nikt inny zrozumie ;) ) i reszty - czyli Jessicy, słodkiej Chineczki, której imienia nie umiem wymówić i uroczej mieszkanki Meksyku, której imię również jest mi obce, jest na pewno optymalne do praskiego debiutu wokalnego. Byleby się nie zestresować.

Dopijam zieloną herbatkę, napełniam butelkę wodą, żeby dosączyć powolutku ostatnie pół litra wody na dziś. Swoją drogą naprawdę czuję różnicę w samopoczuciu, energii i wszystkim między dniami kiedy piję a nie piję. Dzisiaj była rekordowa i chyba przesadzona ilość płynów, bo pęcherz mnie znienawidzi, ale muszę pić wodę, bo przecież ją lubię, a to robi przeeeeeogromną różnicę. Dzisiaj za mną już 2,5 litra, myślę że dopiję 3 zanim usnę. Do tego dwie zielone herbaty (po których mi się pić chce bardziej niż przed ich wypiciem) oraz wspomniane wcześniej 2,5 litra kefiru. Mam nadzieję, że brzuszek mi za to podziękuje. A jutro mimo oczekiwania również najcięższy dzień, bo poza sucharkami jedynie 2 litry soku jabłkowego - zapewne rozcieńczanego wodą, żeby był mniej słodki no i bym psychicznie myślała, że piję więcej. Choć przyznam, że wyczekuję, bo ochotę mam przeogromną na jakiś sok, a dziś dzielnie niczego nie tknęłam.

Całkiem długi wpis mi wyszedł jak na dzień oparty na jedzeniu, uczelni i uczelnianych oraz akademikowych łazienkach... olejuję włosy, włączam filmik na youtube i zmykam lulać, bo chyba mam co odsypiać...

Muszę też poprzedni weekendowy wpis skończyć, bo nie mogę się zmotywować i zabrać, a działo się - oj działo, a niedługo zapomnę co i kiedy...

Dziękuję wszystkim skarbom, które trzymają kciuki za moje kefirowo-jabłkowo-warzywno-sucharowe wyzwanie. Kocham!!
Marbutka

czwartek, 10 marca 2016

Piwo przez słomkę

To nie tak, że nie było czego opisywać przez ostatnie dwa dni. Bardziej nie było kiedy... ale obiecałam sobie spisywać wspomnienia, więc choć ten wpis z wczoraj tworzę dzisiaj, to dotyczy dnia wczorajszego, a o dziś swoją drogą (mam nadzieję)

Ciężko się wstaje na 10:30, mając w pozostałe dni na 12:15 albo wcale. Ale wstać trzeba, powitać nowy dzień, pójść na uczelnię na całkiem przyjemne zajęcia, wykład na przesiedzenie i normalnie lubiany czeski...

Zaczynam uwielbiać prowadzącego Fundamentals of Agroecology. Nie dość, że planowo jest wykład, którego nie ma - bo odbywa się na ćwiczeniach, to jeszcze sam wykład potrafi trwać połowę czasu na niego przewidzianego -  45 minut. Erasmusowe zajęcia idealne i jeszcze ten kojący głos, wykładający podstawy agroekologi nienaganną angielszczyzną, bez "polsko-czeskich" naleciałośći - idealnie.

Oczywiście w przyrodzie nic nie ginie i co się dostało nadprogramowo, los musi jakoś odebrać, więc kolejne ćwiczenia notorycznie są o parę minut przeciągane, co niezwykle boli, gdy się tylko odlicza czas do końca. Znacie to? Czas sobie leci, leci... pół godziny jakoś mija, godzina bardziej problematycznie, ale jednak, ostatnie pół godziny to istna męka, ale jak zostaje 5 minut, to trwa jakby było kolejną godziną lub dwiema... to tutaj jest 5 minut + 5 minut, ale w odbiorze niczym godziny z życia wyjęte.

Czeski prowadziła dziś mniej lubiana przeze mnie (i Karolinę) Czeszka, nie było naszej ulubionej blondyneczki, od której aż emanuje pozytywna energia, radość z życia i entuzjazm, gdy komukolwiek uda się zbliżyć do poprawnej wymowy języka czeskiego. Nauczyliśmy się w końcu liczyć, podawać datę urodzenia, poznaliśmy też dni tygodnia - istne szaleństwo, może wyjeżdżając, będę potrafiła skleić z 10 zdań! Nie obyło się bez mojej "kujonowatości" na tych zajęciach, bo dla Polaka czeski jest prosty, więc z olbrzymią dbałością akcentując kolejne wyrazy wypowiedziałam zdanie "Narodila jsem se osmnáctého července tisíc devět set devadesát čtyři" wywołując w sali cichutkie, ale jednak WOW.

Wróciłam na Dejvicką, miałam Karolinie potowarzyszyć w drodze do kantoru, ale upiornie zakręciło mi się w głowie, więc odprowadziła mnie do akademika, a ja zjadłam pierogi, talerz warzywnego bulionu i poszłam na godzinę spać.

Obudziłam się pół przytomna, a w konwersacji Masarykovo-erasmusowej milion postów i czytam taka pół przytomna cóż to oni naskrobali... Gines zażartował, że do Niemek łatwiej podbijać niż Niemcom do Polski, dodając, żebym się nie obraziła, ja początkowo nie zrozumiałam o co mu chodzi, ale mnie oświeciło i piszę, że oczywiście się nie gniewam, muszę jakoś żyć z tą historią. Oraz, że życzę wam chłopcy powodzenia z całego serca, zwłaszcza że sama nie wiem czy pójdę. Oni na to czy mam zajęcia, ja że zdechlak ze mnie, ale ostatecznie jednak poszłam...

Chwila ogarniania się i jestem gotowa. Miałam w głowie przebłysk myśli, że mi się nie chce, ale ostatecznie zdecydowałam się pójść. I dobrze, bo to chyba najlepsza impreza w klubie na jakiej byłam w życiu. To pewnie zależy od mojego podejścia i humoru, ale czułam się wczoraj naprawdę dobrze. Do tego stopnia, że wróciłam do domu po 4... ale po kolei.

Wchodząc do klubu wypatrzyłam resztę masarykovej ekipy, więc chwilę później dołączyłam do nich przy barze. Wieczór był długi, pełen tańców, nawet tych za ręce z nowo poznanym kolegą. Moim hitem wieczoru było, kiedy wielkie zdziwienie wywołałam pijąc piwo przez słomkę, stało się to inspiracją dla Ramona, który swoje wypił przez dwie, a kolejne już przez cztery, I to urocze oburzenie ludzi jak można tak krzywdzić piwo i moje wzięcie na siebie winy za zepsucie normalnego wcześniej człowieka.

Zdecydowanie była to jedna z lepszych imprez w życiu, bo mimo klubu, do którego generalnie wciąż nie pałam miłością, bawiłam się. Po prostu się bawiłam i czerpałam radość z bycia tam. I czułam nawet mniejsze zmęczenie niż zazwyczaj, choć po wielu kolejnych tańcach musiałam usiąść i odpocząć choć na chwilę. A, jeszcze jeden ważny fakt - spróbowałam Becherowki. I nie jest taka zła jak niektórzy ludzie twierdzą, że jest. W sumie - całkiem spoko. Takie trochę ziółka. Serwowana z lodem nie była nieprzyjemnym doznaniem.

Wylądowałam jeszcze z Aurorką w KFC, jedząc frytki z lodem i wróciłam do domu około 4:30... Niezły wynik jak na mnie. Co ta Praga ze mną robi jest ciężkie do opisania i określenia. Ale dobrze, że mogę zaznać trochę studenckiego życia, tak rozmaitych jego aspektów. Tworzę wspomnienia, które zostaną ze mną do końca życia. A teraz lecę tworzyć kolejne, bo wpis ten "męczę" od 2 dni i skończyć nie mogę, a powinnam i kolejne opublikować zanim zapomnę co w konkretnych dniach się działo...

Marbutka

poniedziałek, 7 marca 2016

Darmowe muzeum... w remoncie

"Chodźmy do muzeum narodowego, w pierwsze poniedziałki miesiąca jest darmowy wstęp!" Taaaa..... ale może po kolei. 

Chyba nikomu nie jest obce uczucie niemożliwości zaśnięcia, kręcenia się z boku na bok przez długie godziny aż w końcu człowiek ma dość i oddaje się graniu na telefonie albo youtubowi.... a jeśli jest szczęśliwiec, który tego nie doznał, to szczerze i z całego serca zazdroszczę. Bo takie siedzenie do 5, jak po 3 godzinach trzeba wstać i żyć do przyjemnych nie zależy. Człowiek wtedy wygląda jak zombie, czuje się jak zombie, nawet jeżeli bliżej mu do wampira. Ale wstawać trzeba jak się kochanym ludziom naobiecuje wycieczki, jedzenie...

Wstałam i dzielnie zabrałam się za farsz do pierogów ruskich, później ciasto i lepienie jednej porcji, bo na więcej nie starczyło czasu. Jeszcze olej kokosowy trzeba było zmyć z głowy, ale to akurat chyba nie wyszło mi najlepiej, bo moje włosy dnia dzisiejszego wyglądają jak nie myte przez dobre dwa dni... może zombie nie powinno się brać za cokolwiek, włącznie z myciem włosów. Ale porcja pierogów wczoraj obiecana została ulepiona, a reszta musiała zaczekać na powrót.

Wyszłam spotkać się z ludźmi na stacji metra Muzeum, która znajduje się w pobliżu Narodowego Muzeum właśnie - jakież to odkrywcze... A McDonaldów jednak w Pradze jest jak mrówków, bo znów udało nam się znaleźć dwa różne, ja Aurora i Gines czekaliśmy pod jednym, a Ramon znalazł inny, swoją drogą - spóźniony Ramon. Ale jak to mówią - nie ma erasmusowego spotkania bez spóźnień. Fast foody okazują się być skrajnie beznadziejnym punktem orientacyjnym, ale chyba do końca wyjazdu dane nam będzie śmiać się z tego odnajdywania się za każdym razem... choć może nadejdzie chwila, że stawimy się wszyscy w umówione miejsce? Kto wie, nadzieja matką głupich.... znaczy się - umiera ostatnia. 

Poszliśmy do muzeum, a tam owszem - wstęp wolny, ale nie ma gdzie wstępować, bo cała ekspozycja w remoncie i mają całą jedną wystawę - płatną 70 koron. Nie jest to jednak bardzo wygórowana cena, więc weszliśmy pooglądać zwierzaczki. Mnóstwo śmiechu, długie godziny, olbrzymie zmęczenie, ale dzień można uznać za udany.

Wszyscy marzyliśmy już tylko o kawie, więc szybkie wejście do paru miejsc, kalkulacja cenowa i udało się ostatecznie znaleźć francuską knajpkę z Latte za 35 koron. I trzeba przyznać - bardzo smaczną latte. Miejsce również bardzo klimatyczne, ciche, spokojne. Świeczuszki na stole, porozmawiać można - nic dodać, nic ująć. Trzeba kiedyś wpaść skosztować jakże zasobnej karty win, lub zaciągnąć kogoś znajomego na tanią, pyszniutką kawę. Do tytułu miejsca idealnego zabrakło planszówek i kotów, ale można wybrać pomiędzy tanią kawą w centrum a droższą w kocim towarzystwie na obrzeżach miasta, choć właściwie nawet nie obrzeżach, ale w miejscu bardziej od centrum oddalonym. Dla każdego coś dobrego i jak będę znajomym proponować praską kawę, to przynajmniej pod tym względem już jakieś alternatywy będą możliwe do zaoferowania. Na tym przecież także polega zwiedzanie, aby móc polecić przetestowane wcześniej lokale i znajdować takie oto perełki. Będę musiała odnaleźć dokładną lokalizację i nazwę, żeby przypadkiem się gdzieś nie zawieruszyła...

Po długich rozmowach na temat wykładowców, pokemonów i wielu, wielu innych zdecydowaliśmy się udać do swoich domów lub akademików. Zrobiłam porcję pierogów z pozostałego ciasta, resztę farszu zamroziłam, bo dość mocno opadłam z sił. W między czasie zaoferowałam chęć wzięcia udziału w Prague Escaping Game... co jest beznadziejnym pomysłem, z pewnych względów, ale może jednak uda się dobrze bawić. 

Lepiej pisać o dobrych chwilach niż zagłębiać się w otchłań głowy i serca w poszukiwaniu ewentualnych uczuć, więc pozostawię uzasadnienie samej sobie, w nadziei, że jak za parę lat będę to czytać to już sama zapomnę o co mi samej właściwie chodziło... 

Szczerze? Boję się ten wpis czytać, bo jestem dziś skrajnie niewyspana i zapewne z poprawną polszczyzną, składnią, ortografią i interpunkcją ma on niewiele wspólnego, ale najważniejsze, że to co pamiętam zostało przelane na tą wirtualną kartkę, a błędy można zawsze poprawić...

Parzę kubek herbatki, oddaję się skajpowi i staram się odespać, bo jutro koniec rajskiego weekendu i na uczelni w końcu pojawić się trzeba...

Marbutka, która podobno ma fenomenalny głos - bo wczoraj wszyscy słyszeli... błagając, żebym na przyszłym karaoke śpiewała możliwie gorzej, bo będą się swoich wokalnych popisów wstydzić... Ciekawe, że czasem wystarczy wyjechać, zmienić otoczenie i człowiek staje się w czymś najlepszy, a nie tylko przeciętny...

niedziela, 6 marca 2016

Mistrzowie organizacji

Zdecydowanie po deszczowych dniach musi w końcu na niebie pokazać się słońce. Lub odwrotnie, bo jak jak wiadomo do miłośników słońca nie należę. Czasami trzeba również upaść na samo dno, żeby mieć się od czego odbić i zacząć żyć z uśmiechem na twarzy. Ale wystarczy filozofowania na dziś...
Wstałam około 12, bo oczywiście zasypianie ostatnio graniczy z cudem i jak się siedzi do 3 to tak to się kończy... Pomalowałam się, bo myślałam, że może z kimś pogadam na skype'ie, to nie będę straszyć, ale dobrze że to zrobiłam, bo za chwilę plany się wykrystalizowały. Kochane ludki się odezwały i zdecydowaliśmy się na wizytę w parku Stromovka. Wielkie bydle ponad 70 hektarów. Plan dobry, realizacja nieco gorsza, ale wyszedł nam najzabawniejszy dzień całego pobytu.
Język czeski taki dla polaka prosty, a Polkę załatwił, najlepsze, że sama nazwę najbliższej stacji sprawdzałam i ewidentnie miało być Nádraží Holešovice. A co Maryjka zrobiła? Zapamiętała Nádraží.
I przesiedziała 15 minut na Hlavni Nádraží zadowolona, że jest taka punktualna, a tu ludzie w konwersacji przepraszają za spóźnienie. Zaczęłam szukać drogi do parku, ale mapy google odmawiały posłuszeństwa, pokazywały jakieś głupoty, w między czasie właśnie kolejny wagonik metra się oddalił, a mnie olśniło, sprawdziłam konwersację i zobaczyłam, że jestem parę stacji za wcześnie. Tyle było z punktualności...
Aurora jako jedyna punktualnie dotarła na miejsce i siedziała zestresowana, że nikogo nie ma i sama pomyliła stacje. Zaczęła szukać pozostałych, którzy po kolei się odnajdywali. Djamel napisał, że jest przy Burger Kingu, więc wszyscy szukamy Burger Kinga, w między czasie Ramon znalazł McDonald, a ja dopiero z metra wysiadałam. Wychodzę w lewo, nic nie widać, myślę - może w prawo, skoro uznał to za miejsce spotkań to ten Burger King musi być gdzieś w pobliżu. I był... w pobliżu tramwaju, którego przystanku też w okolicy nie ma. Znalazłam McDonald's, znalazłam Ramona, po paru minutach dołączyła Aurora - wszyscy w śmiech. Organizacja idealna. Jesteśmy mistrzami. Ramon wymyślił, żeby pójść do klubu, który Djamel powinien znać, więc spędzamy tam czas, czekamy... a Burger King okazał się być przy tej samej stacji, z którą ja pomyliłam tą, cholerne Nádraží. Czekamy, czekamy. W końcu się doczekaliśmy i z uśmiechem na ustach wyruszyliśmy przed siebie. Niezła z nas ekipa. Jeden pod Burger Kingiem, jeden przy Mc'u, jedna czeka na złej stacji metra, a ostatnia tam gdzie trzeba. Dobrze, że nie było nienawiści za marnowany czas, ale jedynie uśmiech, głośny śmiech i cały dzień żartów o Burger Kingu. 
Idąc w kierunku upragnionego parku (swoją drogą ze mnie taki przewodnik, że nie wiedziałam kompletnie dokąd zmierzamy - więc wujek google musiał dopomóc) zwabieni zostaliśmy czymś w rodzaju czeskiego disco polo do hali, a tam na drzwiach "vstup volny", więc zadowoleni vstupujemy, a tam zamiast wiejskiej dyskoteki pchli targ i takie perełki:
12834638_947636201993496_613283556_n.jpg
Wszyscy w śmiech i opuszczamy świątynię gratów na rzecz budki z hamburgerami, hot dogami, frytkami. Ja oczywiście skusiłam się na Hranolki, bo innych bezmięsnych opcji próżno szukać. Robiły się tak długo, że reszta zdążyła zjeść, stwierdzając, że zaczekają w Burger Kingu ;) Swoją drogą, konwersacja na fejsbuku musiała być bardzo ciekawa dla ludzi, którzy się nie wybrali, tylko z akademika czytali o tym jak się czwórka ludzi nie potrafi w Pradze odnaleźć... Nic tylko brać pop corn i czytać - propozycje typu "no to spotkajmy się w Ostravie"
Z daleka wypatrzyliśmy wesołe miasteczko, nazywane przez nas międzynarodowo Lunaparkiem i podążamy w tym kierunku, jednak nie tylko za atrakcje ale i sam wstęp należało płacić, więc daliśmy sobie spokój. Dotarliśmy w końcu do parku, stwierdzając, że ładny, duży, wiosną będzie lepszy. Zaliczony, to czas na kocią kawiarnię, która nawiązywała do wcześniejszych rozmów o jej psim odpowiedniku i różnych takich ciekawych miejscach. Na szczególną uwagę zasługują nasze autorskie pomysły na zebra cafe, żyrafa cafe i słoń cafe z myjnią samochodową gratis - najlepiej. W między czasie podczas jazdy tramwajem w konwersacji fejsbukowej w najlepsze trwało dodawanie naklejek, najpierw kocich, potem już wszystkich po kolei...
Dotarliśmy na stary dobry Žižkov i do miejsca niesamowicie urokliwego, przepełnionego małymi, futrzastymi przyjaciółmi. Spędziliśmy tam wiele godzin pijąc kawę i gorącą czekoladę, zachwycając się zwierzakami, kończąc na graniu w planszówki. Koty z początku dość nieufne, zaczęły finalnie podchodzić coraz bliżej, siadać na kolana, wybitnie upodobały sobie również futerał od moich skrzypiec, gdzie zasiadały niczym sfinksy - jakie to kocie.
10621184_947666701990446_1374922446_o.jpg
Zagraliśmy w uno - byłam pierwsza, potem ostatnia, choć uno miałam z milion razy, a gra zajęła tyle czasu, że na stole została nam jedna karta. Później w grę z zamkami, która nijak nie wiem jak się nazywa. Trochę zasad tłumaczyłam z czeskiego, trochę wygooglaliśmy. Po długiej rozgrywce zostałam mistrzem przestrzennego zagospodarowywania terenu, ogrywając ich wszystkich i stwierdzając, że lubię tą grę, co wywołało powszechny śmiech.
12825520_947721281984988_121427347_n.jpg
Udaliśmy się w końcu każdy w swoją stronę, kończąc ten niezwykle zabawny, pełen pozytywnych wrażeń dzień. Wypiłam idealny smoothie z mango i kiwi na kolację, a w ramach dopełnienia wieczoru porozmawiałam na skype'ie z Ciocią, dogrywając świąteczny powrót do Polski, który cieszy mnie niesamowicie, choć po dniu dzisiejszym i dla Pragi widzę całkiem spore nadzieje. 
Plan na jutro - narodowe muzeum, z wolnym - pierwszoponiedziałkowym wstępem. Do tego pranie i lepienie pierogów - w końcu obiecałam Aurorze :) Mojemu dobremu duszkowi tego wyjazdu.
Mam nadzieję, że w kwestii kryzysów to już tyle i teraz będzie już tylko lepiej. Na pewno nie brakuje optymizmu. W końcu - po wielu dniach smutku, przerażenia, tęsknoty i niechęci do wszystkiego i wszystkich... Ale chyba jednak znalazłam ludzi, z którymi po prostu miło spędzam czas. I w gratisie szkolę angielski, chyba już nawet do akcentów zdołałam się przyzwyczaić.
A blog? Taki mały pamiętnik z najlepszych chwil - do poczytania w gorszych chwilach oraz do powrotu po paru latach z uśmiechem na ustach do chwil spędzonych tutaj, bo uciekają bardzo szybko, a tak choć część zostanie. Dla mnie, nie dla świata. Bo piszę sama dla siebie. Może to jest właśnie ta czynność, której mi brakowało w codziennej pustce...
Żegnam się z kubkiem zielonej herbaty i wyczekuję reszty szczęśliwych chwil
Marbutka - w Pradze zwykle nazywana Mariją, czasem Maszą, od święta zwyczajnie Marią.