poniedziałek, 21 marca 2016

Ach ta Belgia...

Pojechałam dziś z Karoliną na zakupy do Tesco i Kauflandu. Żeby mieć co jeść przez najbliższe 3 dni, a przede wszystkim po drobne upominki, które zabiorę ze sobą do Polski. Kupiłam czekolady studenckie, lentilkowe zwierzaki wielkanocne, pierniki, chipsy, paluszki śmietanowe (z dedykacją dla Taty i Staśka) oraz oczywiście piwa. Ach, no i dla Babci Bon Pari, bo wiem jak bardzo za nimi przepada. Strasznie mnie to ucieszyło i zrobiło mi się cieplej na sercu.

Ogólnie - może dzięki myśli o powrocie do Polski, może po wczorajszym marszu, a może tak po prostu - ostatnio dobrze mi ze sobą. I jestem po prostu szczęśliwa. Uśmiech na twarzy, śpiewam, tańczę i nie biorę nic do siebie tylko cieszę się każdą chwilą - wow. I jem lepiej, a to zdrowe jedzonko daje mi energię do życia, nawet jeśli coś niezdrowego się w między czasie zaplącze.

Poza zakupami wiele nie zrobiłam - no, jedzenie (jak zwykle). Kupiłam mnóstwo pieczywa, więc na obiad do niego zrobiłam kotlety z groszku, żeby ponownie zjeść kochane wegeburgery. Z dodatkiem pomidorków koktajlowych (bo w promocji) i ogórka, a także resztek ketchupu. Chyba się skuszę na kolejny, choć wiem że to taki pół zdrowy produkt i pomidory same w sobie są lepsze, ale to nie sezon i naprawdę ciężko znaleźć jakiekolwiek, które miałyby smak.

Zdecydowałam się pójść z moją ekipą (nie użyłabym tego określenia, ale Karolina tak to nazwała i niesamowicie mi się spodobało, w sumie takie urocze, a czuję się częścią tej kochanej ferajny) na imprezę integracyjną Białorusi i Belgii. Natknęłam się na belgijskiego kolegę i nawet udało mi się z nim zamienić parę zdań. O naszych weekendach, jedzeniu, które niósł, w sumie większość drogi przegadaliśmy, a myślałam, że to takie sztywne i milczące. Wydał się nieco milszy niż zwykle. Nie to, żebym uważała go za niemiłego, ale jest zwykle dość zimny, lub inaczej super powściągliwy. Choć może to mój humor sprawia, że wszystko i wszyscy wydają mi się lepsi. W sumie sama zaczęłam część z tej rozmowy, a to już dla mnie nietypowe, zwłaszcza jak wiem, że oznacza to zmaganie się z angielskim i obcymi akcentami. Choć z tym jego akcentem problemu nie mam. Mimo, że porozumiewa się po angielsku, to jest taki bardzo konkretny.

Na imprezie namalował mi na policzku belgijską flagę, niezwykle delikatnie, choć starannie, stwierdzając po ukończeniu dzieła "nice", choć to raczej reakcja na dzieło, a nie mojego pysia, niemniej miło. Wygrała białoruska prezentacja, choć ja z całego serca ściskałam kciuki za Belgię. I krzyczałam, ale gardło dziś nie było sobą, niestety...

Jeden gość zaczął prosić wszystkich facetów po kolei do tańca, a Goldena tak to rozbawiło, że mi się rzucił na szyję ze śmiechu. A dla mnie to było takie zwykłe, przyjacielskie, normalne. Chyba nietykalność mi się powolutku wyłącza...W kwestii innych ludzi, zabawne było ile osób spotkałam po kolei, bo też kolegę Amerykanina, Kluska z którym również zamieniłam parę zdań na temat mojego weekendu, mojej sympatii do polaków, a także mojego braku chłopaka i podejścia do tej kwestii... Pytanie mnie czy mam chłopaka to naprawdę wchodzenie na śliski grunt, ale wybrnęliśmy oboje. Pytał czy dziś będę tańczyć i mogłabym, ale ostatecznie wyszliśmy z Masarykovo-innotowarzyską ekipą w inne, nieco spokojniejsze miejsce.

Zamówiłam przecudowną malinową lemoniadę (nie tknęłam ani krztynki alkoholu!). Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, zagraliśmy w tą grę z karteczkami na czole. To nie był mój dzień na myślenie... ostatecznie wróciliśmy do akademika tramwajem numer 51. Ogólnie przebywanie z samymi facetami jest tak urocze... te rozmowy o porno, kondomach... nie zastąpią mi niczego. Normalnie bym pewnie się oburzała i myślała co ja tu robię... a dziś było mi tak dobrze i słuchałam tego z uśmiechem.

Gdy temat zszedł na spanie, wtrąciłam swój fanpage śpiochów z UP jako przykład, który wywołał wszechobecny uśmiech. Ogólnie mało przy nich mówię, ale czasami coś powiem i nie czuję niezręcznej ciszy ani potrzeby mówienia więcej, czasem lubię ich po prostu słuchać lub nie słuchać.

Kiedy dotarłam do akademika, z bólem serca zmyłam z policzka belgijską flagę, która na moim trzymała się dużo lepiej niż u kogokolwiek innego. Wczuł się kochany kolega w malowanie. Zmywałam olejem kokosowym, który nawet wodoodporne produkty mi domywa, ale ślad pozostał. Wżarła mi się ta Belgia w skórę, choć była wykonana takimi samymi kredkami jak Szwecja. Jakiś znak? Nie dopatrujmy się lepiej. Ale belgijski kolega włożył ewidentnie wiele serca w namalowanie flagi na moim policzku.

Lecę spać, bo jutro chciałam wstać i biegać.

Marbutka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz